Bardzo dawno nie pisałam, ba zapomniałam, że kiedyś założyłam tego bloga. Ostatnimi czasy jednak przypomniało mi się o moim Podwodnym świecie, świecie widzianym rybim okiem. A ryba jak wiadomo nie ma powiek, więc ma oczy szeroko otwarte na świat. Dziś chciałabym Wam przedstawić Monikę i Paulinę, dwie przyjaciółki, wiele je łączy, mają wspólne pasje, są pełne życia. Niby nic wyjątkowego, jednak obie dziewczyny nie słyszą. Urzekła mnie ich historia, o tyle, że sama borykam się z niepełnosprawnością od urodzenia. Tak więc poznajcie Paulinę i Monikę...
Światło nad lodowiskiem jest przygaszone. Wokół rozbrzmiewa głośny śmiech dzieci, które pod czujnym okiem rodziców stawiają pierwsze kroki na lodowej tafli. Wśród nich uwagę przyciągają dwie młode, uśmiechnięte dziewczyny. Widać że dobrze się znają. Co chwilę szukają się wzrokiem, podjeżdżają do siebie, o czymś dyskutują.
Monika i Paulina mają po 24 lata.Od dwóch lat łączy je przyjaźń. Obie są młode, piękne, kochają łyżwiarstwo, są pełne życia. Obie też od urodzenia nie słyszą.
- Łyżwiarstwem interesowałam się od dzieciństwa – mówi Paulina – ale prawdziwą pasją do tego sportu zaraziła mnie Monika.
Monika łyżwiarstwo figurowe trenuje od ośmiu lat. Mówi, że łyżwy zmieniły jej życie. Dziś bez nich nie wyobraża sobie życia. Regularnie trenuje, startuje w zawodach, zdobywa wyróżnienia. Paulina trzyma za nią kciuki. Sama kupiła sobie łyżwy i zaczęła jeździć. Z małą przerwą, bo aktualnie wychowuje córeczkę. Jednak, jak sama mówi, do łyżwiarstwa kiedyś powróci.
Trudne początki
Monika i Paulina urodziły się z głębokim niedosłuchem. U Pauliny wada była konsekwencją różyczki, jaką przeszła jej mama w czasie ciąży. Sytuację pogorszyły jeszcze leki, które Paulina dostała kiedy miała 18 miesięcy. W wyniku tego w wieku 2 lat wykryto u niej niedosłuch. Duży, rzędu 90-95 dB. Kiedy zdejmie aparaty słuchowe może usłyszeć jedynie bardzo wysokie dźwięki. Monika nie wie, skąd tak duży niedosłuch. Lekarze nie potrafili podać jednoznacznej przyczyny To, że nie słyszy, zauważyła mama. Monika miała wtedy około 5 miesięcy. Po wielu wizytach u specjalistów udało się postawić diagnozę – niedosłuch w wysokości około 100 dB.
Według reguł medycyny dziewczyny nie miały prawa słyszeć i normalnie mówić. Dziś, jeśli ktoś ich nie zna, nie rozpoznałby u nich wady słuchu. Wyłamały się z ram określających osoby niedosłyszące i funkcjonują jak każdy, słyszący człowiek. Ten sukces zawdzięczają nie tylko sobie, ale przede wszystkim ogromnej determinacji rodziców. To dzięki nim w bardzo krótkim czasie udało się zdobyć pierwsze aparaty słuchowe dla Moniki i Pauliny. Monice pierwszy aparat ufundował biskup lubelski, Paulinie sprowadzono go z zagranicy. Podczas gdy większość dzieci miała pudełkowe aparaty słuchowe, ona nosiła zauszny. Był to w 1989 roku najlepszy dostępny sprzęt .
Dziewczyny rozpoczęły trudną, wyczerpującą rehabilitację. Zarówno mama Moniki, jak i mama Pauliny zrezygnowały z pracy i w pełni poświęciły się opiece nad dziećmi. Monika do 15 roku życia znajdowała się pod opieką dwóch logopedów. Jak sama mówi, wolała zajęcia z panem Januszem, gdyż jako dziecko lubiła słuchać męskich głosów, były dla niej przyjemniejsze. Paulina z poradni logopedycznej nie musiała już korzystać w czwartej klasie szkoły podstawowej. Prócz zajęć ze specjalistami dziewczyny przechodziły żmudne ćwiczenia w domu. Stukanie o garnki, dzwonienie sztućcami o różne naczynia, włączanie głośnej muzyki, zasłanianie ust kartką. Rodzice wymyślali tysiące sposobów, by dziewczyny mogły oswoić z dźwiękami i potrafiły je odpowiednio zinterpretować.
Dzięki wysiłkom swoich rodziców Monika i Paulina uczęszczały do publicznych szkół. Były traktowane na równi ze swoimi rówieśnikami, nie stosowano wobec nich taryfy ulgowej. Obie zgodnie twierdzą, że najtrudniejszy okres przechodziły w gimnazjum. To tam najczęściej doświadczały, że różnią się od swoich kolegów i koleżanek. Zamiast skarżyć się rodzicom, uciekały w swoje hobby. Monika zafascynowała się książkami i “Gwiezdnymi Wojnami”, Paulina malowała i lepiła figurki z modeliny. Miała ich całą kolekcję.
Przyjaźń między dźwiękami
Mimo, że od dzieciństwa wiele je łączy poznały się dopiero dwa lata temu. W jednej z gazet ukazał się artykuł, którego bohaterką była Monika. – Pomyślałam sobie: ta dziewczyna jest niezła – wspomina Paulina – ma wysokie ambicje, wybrała kierunek studiów, który do łatwych nie należy. Napisałam do niej e-mail. Bardzo szybko odpisała proponując spotkanie w „realu”. – Poznałyśmy się we wrześniu 2009 roku – mówi Monika. Wystarczyło kilka spotkań, żebym wiedziała, że z tego będzie coś więcej niż zwykłe relacje koleżeńskie. I się nie pomyliłam. Paulina jednak była bardziej ostrożna. – Bo z reguły jestem ostrożna przy zawieraniu nowych znajomości – kwituje Paulina. Zresztą myślałam, że skończy się to na jednym spotkaniu. Ku mojemu zdziwieniu polubiłam Monikę od razu i bardzo szybko się zaprzyjaźniłyśmy. – Przeżyłyśmy tyle, że głowa mała – dodaje Monika. Rzeczywiście, dziewczyny od dwóch lat razem spędzają wiele czasu. Razem z przyjaciółmi wyjeżdżają w góry, świętują Sylwestra.
Paulina przygotowała dla Moniki prezentację, z którą pojechała na wybory Miss Deaf World w Gruzji. Niestety, pech chciał, że podczas gali, nie udało się odtworzyć płyty. Zawiodła technika. – Przeżyłam to mocno – mówi Monika – ale tylko dlatego, że nie dostałam takiej samej szansy jak pozostałe uczestniczki. Niestety, nie miałam możliwości pokazania innym mojej pasji, miłości do łyżew. Monikę do udziału w Wyborach Miss skłonił wewnętrzny impuls, chęć zrobienia czegoś nowego, przeżycia przygody. O wyjeździe na konkurs nie powiedziała rodzicom. Bała się, że jeśli nie zdobędzie tytułu, to będzie to dla niej porażka, a nimi nie lubi się dzielić. Na wybory do Poznania pojechała sama, mówiąc, że wybiera się na konferencję. Wróciła z tytułem I v-ce Miss ONSI.
Dzięki swojej determinacji Monikę poznała cała Polska. Kiedy na początku roku zaproponowano jej, by pojechała do Orlando na wybory Miss Deaf International, nie wahała się długo. – To była dla mnie wielka przygoda, coś co sprawia, że życie jest piękniejsze, bardziej kolorowe. Z życia trzeba korzystać jak najwięcej – mówi – Dostałam taką szansę i z niej skorzystałam. Nauczyło mnie to pewności siebie, wiary we własne możliwości, tego, że jeśli czegoś się pragnie- można tego dokonać.
Kobiety sukcesu
A Monika i Paulina dokonały naprawdę wiele. Monika kończy prawo na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, jest na drugim roku pedagogiki. Jej pasją jest nie tylko łyżwiarstwo i modeling. Uwielbia pływanie, które trenuje zawodowo, podróże, a ostatnio pokochała snowboard. Uwielbia też swoją rodzinę i paczkę przyjaciół. To wśród nich czuje się najpewniej, najbezpieczniej.
Wśród nich jest Paulina. W czerwcu skończyła psychologię na Uniwersytecie Marii Skłodowskiej Curie. Obroniła ponad 150 stronicową pracę magisterską, która w przyszłości doczeka się publikacji. Od trzech lat prowadzi blog, na którym dzieli się swoim doświadczeniem i przeżyciami. Swoją przyszłość zawodową chce poświęcić osobom podobnym sobie. W związku z tym przechodzi dodatkowe praktyki, uczestniczy w wykładach i szkoleniach. Mówi o sobie, że przynależy do dwóch światów: niesłyszących i słyszących. Jednak mentalnie czuje się słysząca.
Dziewczyny łączy jeszcze jedno - obie są szczęśliwe w związkach ze słyszącymi partnerami. – Męża poznałam dzięki mojemu przyjacielowi – wspomina Paulina. Jak się okazało, był we mnie zakochany już od dawna, tylko zabrakło mu odwagi, aby zrobić pierwszy krok. Od początku wiedział o mojej wadzie słuchu. Nie bałam się takiego związku. Wiedziałam, że w chcę w nim trwać. Być może wynika to z tego, że wychowałam się wśród osób słyszących i w takim środowisku dobrze funkcjonuję. Dziś wraz z mężem wychowują 1,5 miesięczną córeczkę, Wiktorię. – Nie bałam się, że mała będzie miała wadę słuchu - dodaje. U mnie nie jest ona wynikiem wady genetycznej, lecz choroby mojej mamy i leków, jakie podano mi po urodzeniu. Tak więc córka była całkowicie bezpieczna.
- Ja swojego narzeczonego poznałam przez Internet – mówi Monika. Przez dwa, trzy miesiące pisaliśmy do siebie. Później zaczęliśmy się spotykać i tak się zaprzyjaźniliśmy. Łączyło nas bardzo dużo. W trakcie jednej z rozmów wyznałam, ze mam wadę słuchu. Odparł, że mu to nie przeszkadza. Mimo to ogromnie się bałam. Nie wierzyłam, że może mnie spotkać „normalna miłość”. Myślałam, że skoro osiągnęłam już tyle, to nie mam prawa od życia wymagać, bym spotkała kogoś z kim będę chciała później dzielić życie. Bałam się, że jak ofiaruję mu swoje uczucia, że odejdzie, zostawi mnie i odrzuci. Ale jego nieugięta postawa, cierpliwość przetrwała wszystko, rozwiała moje lęki. Na każdym kroku pokazywał mi jak bardzo mnie kocha i szanuje. Jest naprawdę wyrozumiałym i mądrym mężczyzną.
Dziewczyny zgodnie przyznają, że nie zawsze były pogodzone z tym, że nie słyszą. – Niejednokrotnie pytałam siebie: dlaczego mnie to spotkało? Dlaczego akurat ja mam wadę słuchu – pisze na swoim blogu Paulina. – Potem przyszedł czas na pytanie: po co mi to było dane? Do czego powinnam dążyć? Chcę być żywym przykładem dla innych niesłyszących, że dążenie do wyznaczonego celu, okupionego niekiedy dodatkowymi trudnościami i cierpieniami bywa wielce satysfakcjonujące. Dlatego chętnie biorę udział w wykładach na temat rehabilitacji, opowiadam słuchaczom moją historię, pokazując jednocześnie, że ciężka i wieloletnia praca może przynieść niebywale efekty. Dlatego studiowałam psychologię. Dlatego piszę blog, aby uświadomić jak największej liczbie osób jacy my naprawdę jesteśmy. – Gdyby nie to, że jestem niesłysząca, byłabym zapewne innym człowiekiem – mówi Monika. – Nie byłabym tym, kim jestem teraz. Jednak to wymaga ogromnej pracy nad sobą, nad zaakceptowaniem siebie - takiego, jakim się jest.
Więcej o Paulinie i Monice:
http://duet-cichodzwiekow.blog.onet.pl/
http://www.monikaszymanek.com/
Reportaż ten powstał dla Kampanii Społecznej "Usłyszeć świat - usłysz wszystkie odcienie dźwięków" i ukaże się na początku listopada w ogólnopolskiej gazecie "Usłyszeć świat"
czwartek, 6 października 2011
środa, 21 lipca 2010
Odważny obłąkaniec
Poszukiwany Józef P., lat 34, wzrost 2 arszyny, 7 3/4 werszków, włosy ciemny blond, bokobrody i wąsy jasny blond, rzadkie, brwi ciemny blond zrośnięte, oczy szare, nos i usta średnie, okrągły podbródek, twarz gładka, na dolnej części małżowiny usznej prawego ucha znamię wielkości główki od szpilki.
Jest mroźna lutowa noc 1900 roku. Do łódzkiego mieszkania młodych małżonków Piłsudskich wpadają oddziały rosyjskiej policji. Oto znajdują się w samym centrum poszukiwanej od blisko 6 lat redakcji i drukarni niewygodnego carskim władzom „Robotnika”. Przez wiele lat Piłsudskiemu udawało się uciec, skutecznie pozostając przed rosyjskimi organami ścigania bezimiennym. Tym razem coś poszło nie tak. Drukarnia została skonfiskowana, a Maria i Józef Piłsudscy aresztowani.
Niebezpiecznego redaktora przewieziono do Cytadeli Aleksandrowskiej na warszawskim Żoliborzu, twierdzy, z której nie było możliwości wyjścia. Za zbrodnię, jakiej się dopuścił względem carskiej Rosji, groziło mu 10 lat więzienia albo 8 lat morderczej katorgi. Nic dziwnego, że pozostali współpracownicy obawiali się o Piłsudskiego i w wielkiej konspiracji zaczęli powoli opracowywać misterny plan wydostania ważnego działacza z rąk nieprzyjaciela.
Najpierw trzeba było wyciągnąć więźnia poza mury X Pawilonu. Skuteczne doprowadzenie planu do końca było niezwykle niebezpieczne i graniczyło z cudem. Mimo to znalazła się grupa odważnych działaczy gotowych poświęcić wszystko dla uratowania Piłsudskiego. Dr Rafał Radziwiłłowicz, psychiatra, pisał mu instrukcje, jak ma udawać psychicznie chorego. Następnie zapisane wskazówki przedostawały się za mury Cytadeli i przekazywane z rąk do rąk - nierzadko za łapówki - trafiały do adresata. Determinacja i odwaga Piłsudskiego sprawiały, że nawet jeśli ktokolwiek orientował się w tej mistyfikacji, milczał, stając się jednocześnie sprzymierzeńcem.
Skrajna psychoza
Powołane rosyjskie konsylium lekarskie stwierdza jednoznacznie: psychologis hallucynatoria acuta, idiosynkrezja, m.in. chroniczny wstręt do munduru policyjnego objawiający się nie przyjmowaniem niczego z rąk żandarmów, także jedzenia. Stan więźnia okazał się groźny i dalece nieodpowiedzialne byłoby dalsze przetrzymywanie go w X Pawilonie. Rozwiązanie było jedno: trzeba umieścić chorego w szpitalu psychiatrycznym. Na miejsce leczenia - zapewne z racji bezpieczeństwa i możliwości kontroli - wybrano lecznicę im. św. Mikołaja Cudotwórcy w Petersburgu.
Teraz nadchodzi moment realizacji drugiej części planu. Jest 14 maja 1901 roku. Po szpitalnych korytarzach przechadza się dwóch wytwornie ubranych mężczyzn. Mijają kolejne drzwi bez klamek, radośnie rozmawiają, pozdrawiając mijanych strażników. Owymi dżentelmenami okazują się być nikt inny jak Józef Piłsudski i jego lekarz Władysław Mazurkiewicz. Przed bramą na obydwu panów czeka bryczka. Strażnicy odprowadzają szacownych jegomości i żegnają. Stangret strzela z bata i bryczka szybko rusza kierując się w stronę petersburskiego dworca. Tam wsiadają w pociąg i poprzez Talin i Rygę docierają na Polesie, do konspiracyjnej kryjówki w majątku Lewandowskich koło Żytkowic. Stamtąd wyruszają w dalszą drogę, tym razem kierując się na południowy – wschód. Docierają do Kijowa, gdzie Piłsudski niemalże natychmiast zasiada do redakcji 39 numeru „Robotnika”.
Siatka konspiracyjna
Na pozór łatwa akcja wymagała skomplikowanej siatki współpracowników i czasochłonnych przygotowań. Człowiekiem, który cały ten scenariusz wymyślił i na każdym etapie go realizował był Howzan Mirza vel Aleksander Sulkiewicz. Z jego inicjatywy Władysław Mazurkiewicz specjalnie zatrudnił się w szpitalu im. Mikołaja Cudotwórcy, chociaż marzyła mu się posada stażysty na łódzkim oddziale chorób wenerycznych i skórnych. To Sulkiewicz obydwu dżentelmenom dostarczył eleganckie garnitury, zatroszczył się o bilety do Talina oraz Rygi. W konspiracyjnym działaniu Piłsudski i Sulkiewicz byli sobie bliscy. Dla pierwszego Sulkiewicz był Michałem, Tatarem albo Kizią, dla drugiego zaś Piłsudski to Wiktor, Mścisław lub zwyczajnie Ziuk.
Wieczór ucieczki przyniósł wiele niespodzianek, Najpierw ubranie, które okazało się za duże i nie kryło dostatecznie tożsamości uciekiniera. Miesiące udawania chorego odbiły się na wyglądzie Piłsudskiego: nieogolony i z bujną czupryną budził bardziej lęk niż zaufanie. Jednak założony na głowę cylinder czynił go wytwornym i - co najważniejsze - nierozpoznawalnym. Kiedy wychodzą ze szpitala i dostają się na podwórze pełne odpoczywających pracowników, decydują się udać w kierunku bramy tak, by nie budzić niczyich podejrzeń. W pierwotnym zamyśle mieli spod murów szpitala przedostać się do przylegającej doń rzeki, gdzie w przycumowanej łódce oczekiwali ich Sulkiewicz i Dziemidowicz. Tymczasem przed bramą uciekinierzy wsiadają w podstawioną dorożkę i kierują się na ulicę Morską. Jak się okazuje, bryczka jest kolejnym posunięciem konspiracyjnym. Zanim wsiądą w pociąg wywożący ich jak najdalej od rosyjskich władz, zatrzymają się w mieszkaniu sprzymierzonego Czarnockiego. Tam spotykają się z Sulkiewiczem i Dziemidowiczem, by wspólnie już kontynuować dalszą podróż.
Wpis dedykuję Demonowi za motywację...
Jest mroźna lutowa noc 1900 roku. Do łódzkiego mieszkania młodych małżonków Piłsudskich wpadają oddziały rosyjskiej policji. Oto znajdują się w samym centrum poszukiwanej od blisko 6 lat redakcji i drukarni niewygodnego carskim władzom „Robotnika”. Przez wiele lat Piłsudskiemu udawało się uciec, skutecznie pozostając przed rosyjskimi organami ścigania bezimiennym. Tym razem coś poszło nie tak. Drukarnia została skonfiskowana, a Maria i Józef Piłsudscy aresztowani.
Niebezpiecznego redaktora przewieziono do Cytadeli Aleksandrowskiej na warszawskim Żoliborzu, twierdzy, z której nie było możliwości wyjścia. Za zbrodnię, jakiej się dopuścił względem carskiej Rosji, groziło mu 10 lat więzienia albo 8 lat morderczej katorgi. Nic dziwnego, że pozostali współpracownicy obawiali się o Piłsudskiego i w wielkiej konspiracji zaczęli powoli opracowywać misterny plan wydostania ważnego działacza z rąk nieprzyjaciela.
Najpierw trzeba było wyciągnąć więźnia poza mury X Pawilonu. Skuteczne doprowadzenie planu do końca było niezwykle niebezpieczne i graniczyło z cudem. Mimo to znalazła się grupa odważnych działaczy gotowych poświęcić wszystko dla uratowania Piłsudskiego. Dr Rafał Radziwiłłowicz, psychiatra, pisał mu instrukcje, jak ma udawać psychicznie chorego. Następnie zapisane wskazówki przedostawały się za mury Cytadeli i przekazywane z rąk do rąk - nierzadko za łapówki - trafiały do adresata. Determinacja i odwaga Piłsudskiego sprawiały, że nawet jeśli ktokolwiek orientował się w tej mistyfikacji, milczał, stając się jednocześnie sprzymierzeńcem.
Skrajna psychoza
Powołane rosyjskie konsylium lekarskie stwierdza jednoznacznie: psychologis hallucynatoria acuta, idiosynkrezja, m.in. chroniczny wstręt do munduru policyjnego objawiający się nie przyjmowaniem niczego z rąk żandarmów, także jedzenia. Stan więźnia okazał się groźny i dalece nieodpowiedzialne byłoby dalsze przetrzymywanie go w X Pawilonie. Rozwiązanie było jedno: trzeba umieścić chorego w szpitalu psychiatrycznym. Na miejsce leczenia - zapewne z racji bezpieczeństwa i możliwości kontroli - wybrano lecznicę im. św. Mikołaja Cudotwórcy w Petersburgu.
Teraz nadchodzi moment realizacji drugiej części planu. Jest 14 maja 1901 roku. Po szpitalnych korytarzach przechadza się dwóch wytwornie ubranych mężczyzn. Mijają kolejne drzwi bez klamek, radośnie rozmawiają, pozdrawiając mijanych strażników. Owymi dżentelmenami okazują się być nikt inny jak Józef Piłsudski i jego lekarz Władysław Mazurkiewicz. Przed bramą na obydwu panów czeka bryczka. Strażnicy odprowadzają szacownych jegomości i żegnają. Stangret strzela z bata i bryczka szybko rusza kierując się w stronę petersburskiego dworca. Tam wsiadają w pociąg i poprzez Talin i Rygę docierają na Polesie, do konspiracyjnej kryjówki w majątku Lewandowskich koło Żytkowic. Stamtąd wyruszają w dalszą drogę, tym razem kierując się na południowy – wschód. Docierają do Kijowa, gdzie Piłsudski niemalże natychmiast zasiada do redakcji 39 numeru „Robotnika”.
Siatka konspiracyjna
Na pozór łatwa akcja wymagała skomplikowanej siatki współpracowników i czasochłonnych przygotowań. Człowiekiem, który cały ten scenariusz wymyślił i na każdym etapie go realizował był Howzan Mirza vel Aleksander Sulkiewicz. Z jego inicjatywy Władysław Mazurkiewicz specjalnie zatrudnił się w szpitalu im. Mikołaja Cudotwórcy, chociaż marzyła mu się posada stażysty na łódzkim oddziale chorób wenerycznych i skórnych. To Sulkiewicz obydwu dżentelmenom dostarczył eleganckie garnitury, zatroszczył się o bilety do Talina oraz Rygi. W konspiracyjnym działaniu Piłsudski i Sulkiewicz byli sobie bliscy. Dla pierwszego Sulkiewicz był Michałem, Tatarem albo Kizią, dla drugiego zaś Piłsudski to Wiktor, Mścisław lub zwyczajnie Ziuk.
Wieczór ucieczki przyniósł wiele niespodzianek, Najpierw ubranie, które okazało się za duże i nie kryło dostatecznie tożsamości uciekiniera. Miesiące udawania chorego odbiły się na wyglądzie Piłsudskiego: nieogolony i z bujną czupryną budził bardziej lęk niż zaufanie. Jednak założony na głowę cylinder czynił go wytwornym i - co najważniejsze - nierozpoznawalnym. Kiedy wychodzą ze szpitala i dostają się na podwórze pełne odpoczywających pracowników, decydują się udać w kierunku bramy tak, by nie budzić niczyich podejrzeń. W pierwotnym zamyśle mieli spod murów szpitala przedostać się do przylegającej doń rzeki, gdzie w przycumowanej łódce oczekiwali ich Sulkiewicz i Dziemidowicz. Tymczasem przed bramą uciekinierzy wsiadają w podstawioną dorożkę i kierują się na ulicę Morską. Jak się okazuje, bryczka jest kolejnym posunięciem konspiracyjnym. Zanim wsiądą w pociąg wywożący ich jak najdalej od rosyjskich władz, zatrzymają się w mieszkaniu sprzymierzonego Czarnockiego. Tam spotykają się z Sulkiewiczem i Dziemidowiczem, by wspólnie już kontynuować dalszą podróż.
Wpis dedykuję Demonowi za motywację...
poniedziałek, 8 marca 2010
Edziu cz. 4
Życie toczy się dalej.
- Godzę się z tym, że kto się narodził, odejść musi. Nie ma jednak dnia, żebym za nim nie tęskniła. Brakuje mi go. Są dzieci i wnuki, ale one mają swoje życie. Moje zaś było nierozerwalnie złączone z Edwardem. Zawsze mieliśmy o czym porozmawiać. Teraz, kiedy go nie ma, wracam do domu i czuję pustkę. Brak tego człowieka, z którym przeżyliśmy wspólnie 46 lat. Wiem, że Pan Bóg zabrał go, bo był już Mu tam potrzebny, że jego misja tu na ziemi dobiegła końca. Ale w duchu myślę sobie, że mógłby jeszcze trochę ze mną pożyć. Nie umiem pogodzić się z tym, że męża już nie ma. Modlę się codziennie przepraszając Boga, bo być może za dużo od Niego wymagam. Syn i córka powtarzają mi, że tato odszedł nie cierpiąc, ale ja wierzę, że to Pan Bóg dał mu taką spokojną śmierć, że kochał Edwarda w taki sposób, że nie pozwolił mu odczuwać bólu.
Przychodzę tu codziennie, na samym początku nawet kilka razy dziennie. W sercu mam, że muszę go odwiedzić, że muszę tu przyjść, spotkać się z nim tutaj. Modlę się, a potem opowiadam, co się dzieje w Łęczycy. Robię porządek, wymieniam kwiaty, zapalam znicz, zawsze musi się palić znicz, a potem pukam mu w tablicę mówiąc: „Z Bogiem Edziu” i idę, by jutro móc przyjść z powrotem. I tak jest codziennie. Codziennie. I tak już dziewiąty rok.
Tym, co daje mi siłę, jest rodzina. Po pogrzebie wielu przyjaciół mówiło mi, że muszę się wziąć w garść, bo mam dla kogo żyć, że potrzebują mnie dzieci i wnuki.
Drugim domem stał się dla mnie Kościół. W nim znajduje pociechę i ukojenie. Wiem, że Pan Bóg zabierając mi Edzia nie zostawił mnie samej. Dał mi modlitwę i Eucharystię, one mi pomagają przezwyciężyć smutek. Dziś z perspektywy tych prawie siedmiu lat widzę, że jego odejście przeżywam inaczej, bardziej spokojnie. Płaczę mniej, częściej się uśmiecham. Jednak nadal w sercu mam żal, że zostawił mnie samą, że muszę się z tym sama borykać. Zawsze mówił mi, że będzie się o mnie troszczył; rok wcześniej powiedział mojemu synowi: „Dariusz, ja w tym roku umrę, pamiętaj, żeby mamusia nie została sama”. Czasem mi się przyśni, ale jest inny, nierzeczywisty, przychodzi w snach zawsze wtedy, kiedy na cmentarzu coś się dzieje.
Kobieta kończy, lekko wyswobadza swoją rękę z mojej, wstaje i po raz ostatni sprawdza, czy wszystko jest w porządku, czy kwiaty równo stoją, czy palą się wszystkie znicze. Podchodzi do płyty, stuka w tablicę i cichutko szepce: „Z Bogiem Edziu, do jutra”. Odwraca się do mnie, na jej twarzy pojawia się uśmiech i żegnając się mówi: – Już nie mogę się doczekać, kiedy się z nim spotkam i wiem, że on mnie tam już wypatruje...
- Godzę się z tym, że kto się narodził, odejść musi. Nie ma jednak dnia, żebym za nim nie tęskniła. Brakuje mi go. Są dzieci i wnuki, ale one mają swoje życie. Moje zaś było nierozerwalnie złączone z Edwardem. Zawsze mieliśmy o czym porozmawiać. Teraz, kiedy go nie ma, wracam do domu i czuję pustkę. Brak tego człowieka, z którym przeżyliśmy wspólnie 46 lat. Wiem, że Pan Bóg zabrał go, bo był już Mu tam potrzebny, że jego misja tu na ziemi dobiegła końca. Ale w duchu myślę sobie, że mógłby jeszcze trochę ze mną pożyć. Nie umiem pogodzić się z tym, że męża już nie ma. Modlę się codziennie przepraszając Boga, bo być może za dużo od Niego wymagam. Syn i córka powtarzają mi, że tato odszedł nie cierpiąc, ale ja wierzę, że to Pan Bóg dał mu taką spokojną śmierć, że kochał Edwarda w taki sposób, że nie pozwolił mu odczuwać bólu.
Przychodzę tu codziennie, na samym początku nawet kilka razy dziennie. W sercu mam, że muszę go odwiedzić, że muszę tu przyjść, spotkać się z nim tutaj. Modlę się, a potem opowiadam, co się dzieje w Łęczycy. Robię porządek, wymieniam kwiaty, zapalam znicz, zawsze musi się palić znicz, a potem pukam mu w tablicę mówiąc: „Z Bogiem Edziu” i idę, by jutro móc przyjść z powrotem. I tak jest codziennie. Codziennie. I tak już dziewiąty rok.
Tym, co daje mi siłę, jest rodzina. Po pogrzebie wielu przyjaciół mówiło mi, że muszę się wziąć w garść, bo mam dla kogo żyć, że potrzebują mnie dzieci i wnuki.
Drugim domem stał się dla mnie Kościół. W nim znajduje pociechę i ukojenie. Wiem, że Pan Bóg zabierając mi Edzia nie zostawił mnie samej. Dał mi modlitwę i Eucharystię, one mi pomagają przezwyciężyć smutek. Dziś z perspektywy tych prawie siedmiu lat widzę, że jego odejście przeżywam inaczej, bardziej spokojnie. Płaczę mniej, częściej się uśmiecham. Jednak nadal w sercu mam żal, że zostawił mnie samą, że muszę się z tym sama borykać. Zawsze mówił mi, że będzie się o mnie troszczył; rok wcześniej powiedział mojemu synowi: „Dariusz, ja w tym roku umrę, pamiętaj, żeby mamusia nie została sama”. Czasem mi się przyśni, ale jest inny, nierzeczywisty, przychodzi w snach zawsze wtedy, kiedy na cmentarzu coś się dzieje.
Kobieta kończy, lekko wyswobadza swoją rękę z mojej, wstaje i po raz ostatni sprawdza, czy wszystko jest w porządku, czy kwiaty równo stoją, czy palą się wszystkie znicze. Podchodzi do płyty, stuka w tablicę i cichutko szepce: „Z Bogiem Edziu, do jutra”. Odwraca się do mnie, na jej twarzy pojawia się uśmiech i żegnając się mówi: – Już nie mogę się doczekać, kiedy się z nim spotkam i wiem, że on mnie tam już wypatruje...
niedziela, 7 marca 2010
Edziu cz. 3
Pożegnanie
Kobieta poprawia w wazonie kwiaty. Dziwię się - przecież jest dopiero początek lutego, a w wazonie stoi dość duży bukiet świeżych, białych koreanek. Po chwili wyjmuje z torebki kawałek granatowej podkoszulki i starannie ściera to, co osypało się z misternie ułożonej kompozycji.
- On zawsze kochał świeże kwiaty. Na naszej działce w każdym roku rośnie ich całe mnóstwo. Kiedy tylko zaczynają kwitnąć, ucinam ich trochę i przynoszę tutaj. Teraz jest jeszcze za zimno, więc te kupuję w pobliskiej kwiaciarni. Myślę, że mu się podobają.
Schowawszy szmatkę z powrotem do torebki, siada ponownie na ławeczce. Podciąga bardziej pod szyję szalik, naciąga na powykrzywiane, intensywnie opalone od całorocznej pracy na działce i cmentarzu ręce grube rękawiczki. Na twarzy ponownie pojawia się nostalgia i zamyślenie, a oczy stają się nieobecne, jakby znajdowała się w innym świecie.
- W ostatnim tygodniu jego ciało powoli się ochładzało. Robiłam mu kąpiele w gorącej wodzie, ale przynosiło to tylko kilkuminutową zmianę. Edziu bardzo kasłał, więc córka zadzwoniła po lekarza. Przyjechał we wtorek i stwierdził zapalenie oskrzeli, przepisał antybiotyk i powiedział, że mąż szybko wydobrzeje. Lekarstwa nie przyniosły żadnego efektu. Kilka dni wcześniej, w niedzielę pojechaliśmy na wieś do rodziny. Z Edwardem została wnuczka. Kiedy wróciliśmy, powiedziała, że na chwilę stracił przytomność, przestał oddychać i dopiero po kilku minutach wróciła mu świadomość. Byłam przerażona, kiedy następnego dnia powtórzyła się taka sama sytuacja. Usłyszałam ciche chrapnięcie, a potem nic, żadnego odgłosu więcej. Szarpałam, go i krzyczałam „Edziu! Edziu!”. Po jakimś czasie otworzył oczy i popatrzył na mnie nieprzytomnym wzrokiem. Spytałam, czy coś się stało, czy gorzej się poczuł, ale on nic nie odpowiedział, tylko nadal patrzył na mnie tymi swoimi nieobecnymi, zdziwionymi, jakby przestraszonymi oczyma.
W nocy ze środy na czwartek, parę minut po pierwszej wstał i poszedł do drugiego pokoju. Wstałam zaraz za nim, wzięłam ze sobą poduszkę i kołdrę, żeby go przykryć. Położył się na złożonej wersalce i nic nie powiedział. Okryłam go, upewniłam, żeby mu było ciepło i usiadłam obok. Popatrzył na mnie i miałam wrażenie, że od niepamiętnych czasów ma pełną świadomość tego, gdzie się znajduje. Wysunął rękę spod kołdry i przez kilka minut czule gładził mnie po policzku. Potem powiedział: „Idź, Teresko, połóż się, wyśpij trochę, ja tu sobie poleżę i zaraz do ciebie wrócę”. Posłuchałam go. Byłam bardzo zmęczona, od dawna czuwałam w nocy, żeby móc mu pomóc, kiedy tylko tego potrzebował. Pocałowałam go w czoło i poszłam pokoju. Dopóki Pan Bóg mi snu nie dał, modliłam się jeszcze za niego.
Przerwała swą opowieść tym razem na dłuższą chwilę. Widziałam jak w jej gardle uwięzły łzy. Chwyciłam ją za rękę, a ona mocno ją ścisnęła, jakby chciała mnie zatrzymać bojąc się, że mogłabym odejść. Bardzo potrzebowała kogoś siedzącego obok. Nie wypuszczając z uścisku jej dłoni, drugą ręką podałam jej kolejną chusteczkę, by mogła wytrzeć spływające jej z oczu wielkie krople słonych łez.
- Gdy się obudziłam, nie słyszałam nic więcej prócz przeszywającej, głuchej ciszy. Wpadłam jak szalona do pokoju, zapalając po drodze wszystkie światła. Dobiegłam do niego i upadłam na kolana, potrząsając jego ramionami. Krzyczałam, ale Edzia już nie było. Po dłuższej chwili wstałam i chwiejnym krokiem udałam się w stronę telefonu, aby zadzwonić do dzieci. Moje palce nie były w stanie wystukać numeru do żadnego z nich. Po kilku nieudanych próbach wreszcie odebrała Jadzia. Była godzina 4.40. Nie uwierzyła mi. Kiedy zapewniłam, że się nie mylę, odłożyła słuchawkę. Najwyżej po 10 minutach przyjechała wraz z dziećmi. Cała trójka klęczała przy Edwardzie nic nie mówiąc, a ja stałam z boku i próbowałam ogarnąć w myślach co się wydarzyło. Chwilę później zjawił się Darek z Henią. Jadwiga zadzwoniła po pogotowie. Przyjechali i stwierdzili zgon. Jako przyczynę wpisali zaprzestanie czynności mózgu. Wspólnie ubraliśmy go w świeżo wyprane ubrania. Założyliśmy nową, białą koszulę i zaledwie parę razy założony czarny garnitur. W rękę włożyliśmy mu przeszło dwudziestoletni różaniec, z którym nigdy się nie rozstawał. Do kieszeni schowaliśmy jego medale i odznaczenia, które zdobył w różnych sytuacjach; były jego chlubą, co jakiś czas wyjmował je, czyścił i opowiadał - najczęściej wnukom - ich historię. Dla siebie zostawiliśmy tylko jeden, najmniejszy. To były jego skarby – duchowe i materialne. Nie widziałam, kiedy przyszli ludzie z zakładu pogrzebowego, żeby Edzia zabrać. Nie widziałam też, kiedy po raz ostatni opuszczał dom. Był szósty grudnia. Pogrzeb odbył się dwa dni później. Nie pamiętam co się działo później. Pierwszej nocy siedziałyśmy z córką w moim mieszkaniu, rozmawiając o Edwardzie. Następną i kolejne spędziłam już u niej. Wróciłam do domu dopiero po Nowym Roku.
Kobieta poprawia w wazonie kwiaty. Dziwię się - przecież jest dopiero początek lutego, a w wazonie stoi dość duży bukiet świeżych, białych koreanek. Po chwili wyjmuje z torebki kawałek granatowej podkoszulki i starannie ściera to, co osypało się z misternie ułożonej kompozycji.
- On zawsze kochał świeże kwiaty. Na naszej działce w każdym roku rośnie ich całe mnóstwo. Kiedy tylko zaczynają kwitnąć, ucinam ich trochę i przynoszę tutaj. Teraz jest jeszcze za zimno, więc te kupuję w pobliskiej kwiaciarni. Myślę, że mu się podobają.
Schowawszy szmatkę z powrotem do torebki, siada ponownie na ławeczce. Podciąga bardziej pod szyję szalik, naciąga na powykrzywiane, intensywnie opalone od całorocznej pracy na działce i cmentarzu ręce grube rękawiczki. Na twarzy ponownie pojawia się nostalgia i zamyślenie, a oczy stają się nieobecne, jakby znajdowała się w innym świecie.
- W ostatnim tygodniu jego ciało powoli się ochładzało. Robiłam mu kąpiele w gorącej wodzie, ale przynosiło to tylko kilkuminutową zmianę. Edziu bardzo kasłał, więc córka zadzwoniła po lekarza. Przyjechał we wtorek i stwierdził zapalenie oskrzeli, przepisał antybiotyk i powiedział, że mąż szybko wydobrzeje. Lekarstwa nie przyniosły żadnego efektu. Kilka dni wcześniej, w niedzielę pojechaliśmy na wieś do rodziny. Z Edwardem została wnuczka. Kiedy wróciliśmy, powiedziała, że na chwilę stracił przytomność, przestał oddychać i dopiero po kilku minutach wróciła mu świadomość. Byłam przerażona, kiedy następnego dnia powtórzyła się taka sama sytuacja. Usłyszałam ciche chrapnięcie, a potem nic, żadnego odgłosu więcej. Szarpałam, go i krzyczałam „Edziu! Edziu!”. Po jakimś czasie otworzył oczy i popatrzył na mnie nieprzytomnym wzrokiem. Spytałam, czy coś się stało, czy gorzej się poczuł, ale on nic nie odpowiedział, tylko nadal patrzył na mnie tymi swoimi nieobecnymi, zdziwionymi, jakby przestraszonymi oczyma.
W nocy ze środy na czwartek, parę minut po pierwszej wstał i poszedł do drugiego pokoju. Wstałam zaraz za nim, wzięłam ze sobą poduszkę i kołdrę, żeby go przykryć. Położył się na złożonej wersalce i nic nie powiedział. Okryłam go, upewniłam, żeby mu było ciepło i usiadłam obok. Popatrzył na mnie i miałam wrażenie, że od niepamiętnych czasów ma pełną świadomość tego, gdzie się znajduje. Wysunął rękę spod kołdry i przez kilka minut czule gładził mnie po policzku. Potem powiedział: „Idź, Teresko, połóż się, wyśpij trochę, ja tu sobie poleżę i zaraz do ciebie wrócę”. Posłuchałam go. Byłam bardzo zmęczona, od dawna czuwałam w nocy, żeby móc mu pomóc, kiedy tylko tego potrzebował. Pocałowałam go w czoło i poszłam pokoju. Dopóki Pan Bóg mi snu nie dał, modliłam się jeszcze za niego.
Przerwała swą opowieść tym razem na dłuższą chwilę. Widziałam jak w jej gardle uwięzły łzy. Chwyciłam ją za rękę, a ona mocno ją ścisnęła, jakby chciała mnie zatrzymać bojąc się, że mogłabym odejść. Bardzo potrzebowała kogoś siedzącego obok. Nie wypuszczając z uścisku jej dłoni, drugą ręką podałam jej kolejną chusteczkę, by mogła wytrzeć spływające jej z oczu wielkie krople słonych łez.
- Gdy się obudziłam, nie słyszałam nic więcej prócz przeszywającej, głuchej ciszy. Wpadłam jak szalona do pokoju, zapalając po drodze wszystkie światła. Dobiegłam do niego i upadłam na kolana, potrząsając jego ramionami. Krzyczałam, ale Edzia już nie było. Po dłuższej chwili wstałam i chwiejnym krokiem udałam się w stronę telefonu, aby zadzwonić do dzieci. Moje palce nie były w stanie wystukać numeru do żadnego z nich. Po kilku nieudanych próbach wreszcie odebrała Jadzia. Była godzina 4.40. Nie uwierzyła mi. Kiedy zapewniłam, że się nie mylę, odłożyła słuchawkę. Najwyżej po 10 minutach przyjechała wraz z dziećmi. Cała trójka klęczała przy Edwardzie nic nie mówiąc, a ja stałam z boku i próbowałam ogarnąć w myślach co się wydarzyło. Chwilę później zjawił się Darek z Henią. Jadwiga zadzwoniła po pogotowie. Przyjechali i stwierdzili zgon. Jako przyczynę wpisali zaprzestanie czynności mózgu. Wspólnie ubraliśmy go w świeżo wyprane ubrania. Założyliśmy nową, białą koszulę i zaledwie parę razy założony czarny garnitur. W rękę włożyliśmy mu przeszło dwudziestoletni różaniec, z którym nigdy się nie rozstawał. Do kieszeni schowaliśmy jego medale i odznaczenia, które zdobył w różnych sytuacjach; były jego chlubą, co jakiś czas wyjmował je, czyścił i opowiadał - najczęściej wnukom - ich historię. Dla siebie zostawiliśmy tylko jeden, najmniejszy. To były jego skarby – duchowe i materialne. Nie widziałam, kiedy przyszli ludzie z zakładu pogrzebowego, żeby Edzia zabrać. Nie widziałam też, kiedy po raz ostatni opuszczał dom. Był szósty grudnia. Pogrzeb odbył się dwa dni później. Nie pamiętam co się działo później. Pierwszej nocy siedziałyśmy z córką w moim mieszkaniu, rozmawiając o Edwardzie. Następną i kolejne spędziłam już u niej. Wróciłam do domu dopiero po Nowym Roku.
sobota, 6 marca 2010
Edziu cz. 2
Choroba
- Edziu był zawsze otwarty, rozmawiał ze wszystkimi. Nigdy się nie gniewał. Kiedy ktoś go obraził, puszczał to w niepamięć. Do tego stopnia był ufny w stosunku do innych, że potrafił powiedzieć i pokazać im wszystko. Nieraz złościłam się na niego. Mówiłam „Edward, po co ty to mówisz, nie wszyscy muszą o tym wiedzieć”. Edziu jednak nie miał potrzeby ukrywania czegokolwiek. Nie oglądał telewizji. Za to oddawał się swojej wielkiej pasji - magnetofonowi szpulowemu. Nagrywał na niego wygłupy wnuczków, a potem puszczał i wspólnie śmialiśmy się do rozpuku. Uwielbiał też przesiadywać w oknie. Wyglądał przez lufcik i pozdrawiał przechodniów. Kto by pomyślał, że te jego małe dziwactwa to były pierwsze oznaki choroby. Na dwa lata przed jego odejściem zaczęło być coraz gorzej. Nie kontrolował już swoich zachowań, stopniowo tracił instynkt samozachowawczy.
Po wyprowadzce, przez ponad pół roku mieszkaliśmy u córki. Pewnego dnia kiedy wróciłyśmy z działki okazało się, że mąż próbował naprawić kontakt przy pomocy kuchennego noża, zapomniał jedynie wyłączyć korków – kobieta zamiera w połowie zdania i gwałtownie blednie. Chwilę później na jej policzkach pojawiają się ogniste rumieńce. – To cud, że nic mu się wtedy nie stało – dodaje już szeptem. Milknie ponownie, próbując ochłonąć po wstrząsającym dla niej wspomnieniu. Oddycha głęboko; w jej oczach nie ma już łez, pozostała w nich jedynie pustka.
Po paru minutach ciszy przerywanej jedynie szybkimi, miarowymi krokami przechodniów, kobieta cicho podejmuje dalszą rozmowę. – To nie była jedyna taka sytuacja. Po tym zdarzeniu pojawiły się kolejne. W kilka miesięcy później znajomi zobaczyli Edzia w jego ukochanym maluchu. Jechał lewą stroną ulicy. Zabraliśmy mu kluczyki, dowód rejestracyjny, prawo jazdy. Nie sprzeciwiał się, oddał bez żadnych próśb i zaklinania. Chyba na swój sposób rozumiał, że przyszedł już czas, w którym nie musi być kierowcą. Ostatniego lata zgubił rachubę czasu, nie wiedział, ile ma lat, jakie wydarzenia kiedy miały miejsce; natomiast świetnie kojarzył nazwiska członków rodziny, był bezbłędny nawet tam, gdzie ja miałam problem z tym, aby przypomnieć jakie nazwisko panieńskie nosiła moja babcia. Wówczas już wiedzieliśmy, że mąż jest chory, że nie ma już ratunku, bo choroba Alzheimera jest w zaawansowanym stadium. Mogliśmy się tylko modlić, żeby się nie męczył, żeby nie czuł, że jest dla nas uciążliwy.
Zakrywa twarz rękoma i przez chwilę zmaga się z własnymi myślami. Podnosi wzrok, tępo wpatrując się w znajdującą się przed nią tablicę, gdzie wyryte jest nazwisko jej męża. Na jej twarzy odmalowuje się wyraz trudnej do nazwania bezsilności, żalu i skruchy. Po chwili wstaje, podchodzi do tablicy i czule ją głaszcze.
- Nie ma dnia, żebym nie żałowała ostrych słów wypowiadanych zawsze wtedy, kiedy mąż - nieświadom tego, co robił - narażał siebie i innych na niebezpieczeństwo. Każdego dnia w modlitwie proszę Boga i jego o przebaczenie. Wobec takich sytuacji człowiek jest bezsilny i często jedynym sposobem, aby poradzić sobie z taką czy inną sytuacją jest krzyk i ostre słowo...
- Edziu był zawsze otwarty, rozmawiał ze wszystkimi. Nigdy się nie gniewał. Kiedy ktoś go obraził, puszczał to w niepamięć. Do tego stopnia był ufny w stosunku do innych, że potrafił powiedzieć i pokazać im wszystko. Nieraz złościłam się na niego. Mówiłam „Edward, po co ty to mówisz, nie wszyscy muszą o tym wiedzieć”. Edziu jednak nie miał potrzeby ukrywania czegokolwiek. Nie oglądał telewizji. Za to oddawał się swojej wielkiej pasji - magnetofonowi szpulowemu. Nagrywał na niego wygłupy wnuczków, a potem puszczał i wspólnie śmialiśmy się do rozpuku. Uwielbiał też przesiadywać w oknie. Wyglądał przez lufcik i pozdrawiał przechodniów. Kto by pomyślał, że te jego małe dziwactwa to były pierwsze oznaki choroby. Na dwa lata przed jego odejściem zaczęło być coraz gorzej. Nie kontrolował już swoich zachowań, stopniowo tracił instynkt samozachowawczy.
Po wyprowadzce, przez ponad pół roku mieszkaliśmy u córki. Pewnego dnia kiedy wróciłyśmy z działki okazało się, że mąż próbował naprawić kontakt przy pomocy kuchennego noża, zapomniał jedynie wyłączyć korków – kobieta zamiera w połowie zdania i gwałtownie blednie. Chwilę później na jej policzkach pojawiają się ogniste rumieńce. – To cud, że nic mu się wtedy nie stało – dodaje już szeptem. Milknie ponownie, próbując ochłonąć po wstrząsającym dla niej wspomnieniu. Oddycha głęboko; w jej oczach nie ma już łez, pozostała w nich jedynie pustka.
Po paru minutach ciszy przerywanej jedynie szybkimi, miarowymi krokami przechodniów, kobieta cicho podejmuje dalszą rozmowę. – To nie była jedyna taka sytuacja. Po tym zdarzeniu pojawiły się kolejne. W kilka miesięcy później znajomi zobaczyli Edzia w jego ukochanym maluchu. Jechał lewą stroną ulicy. Zabraliśmy mu kluczyki, dowód rejestracyjny, prawo jazdy. Nie sprzeciwiał się, oddał bez żadnych próśb i zaklinania. Chyba na swój sposób rozumiał, że przyszedł już czas, w którym nie musi być kierowcą. Ostatniego lata zgubił rachubę czasu, nie wiedział, ile ma lat, jakie wydarzenia kiedy miały miejsce; natomiast świetnie kojarzył nazwiska członków rodziny, był bezbłędny nawet tam, gdzie ja miałam problem z tym, aby przypomnieć jakie nazwisko panieńskie nosiła moja babcia. Wówczas już wiedzieliśmy, że mąż jest chory, że nie ma już ratunku, bo choroba Alzheimera jest w zaawansowanym stadium. Mogliśmy się tylko modlić, żeby się nie męczył, żeby nie czuł, że jest dla nas uciążliwy.
Zakrywa twarz rękoma i przez chwilę zmaga się z własnymi myślami. Podnosi wzrok, tępo wpatrując się w znajdującą się przed nią tablicę, gdzie wyryte jest nazwisko jej męża. Na jej twarzy odmalowuje się wyraz trudnej do nazwania bezsilności, żalu i skruchy. Po chwili wstaje, podchodzi do tablicy i czule ją głaszcze.
- Nie ma dnia, żebym nie żałowała ostrych słów wypowiadanych zawsze wtedy, kiedy mąż - nieświadom tego, co robił - narażał siebie i innych na niebezpieczeństwo. Każdego dnia w modlitwie proszę Boga i jego o przebaczenie. Wobec takich sytuacji człowiek jest bezsilny i często jedynym sposobem, aby poradzić sobie z taką czy inną sytuacją jest krzyk i ostre słowo...
piątek, 5 marca 2010
Edziu cz. 1
Inny świat
Jest słoneczne, zimowe popołudnie. Za niewysokim, szarym i lekko przechylonym do wewnątrz ze starości murem słychać odgłosy innego świata. Oddzielona niewielkim, żwirowym placem służącym w niedziele za parking ulica sprawia wrażenie przylegającej niemalże do ogrodzenia. Jej odgłos jednak dochodzi jakby z oddali, tłumiony nagimi gałęziami kasztanów, z których najstarsze pochodzą z czasów uchwalenia Konstytucji Majowej. Tu, pomiędzy wąskimi alejkami ocienionymi strzelistymi, smukłymi tujami bezgłośnie mówią bohaterowie tego miejsca. Ich głos jest wyraźny, pełen ciepła, zrozumienia, nostalgii ale też pociechy i nadziei. Tutaj są żywi nawet jeżeli ich ciała już dawno przestały istnieć. Nie mówią w próżnię. Nad nimi pochylają się żony i mężowie, rodzice i dzieci, wnuki i przyjaciele.
Z budynku z czerwonej cegły stabilnym krokiem wychodzi młody mężczyzna oburącz trzymając drewniany skrzyżowany w górnej części kij. Za nimi podąża inny, w czarnym odzieniu. Spod brzegów kurtki wystaje mu biała tkanina, na jego twarzy maluje się spokój i opanowanie, jakby nie zauważał, że tuż za jego plecami pociągający nosem mężczyźni niosą długą dębową skrzynkę, a wokół niej idą zawodzące kobiety. Poza tym wszystko przenika ogłuszające wręcz milczenie.
Wspomnienie
W niewielkim oddaleniu tej scenie przypatruje się kobieta siedząca na skraju marmurowej ławki. Ubrana jest w krótką, ocieplaną kurtkę. Spod brązowej beretki w niekontrolowany sposób wysuwają się krótkie kosmyki siwiejących włosów.
– Czuję, jakby to było wczoraj. Był także zimowy dzień. Pomimo, że słońce świeciło ze zdwojoną siłą, to mróz trzymał, nie pozwalając rozpuścić się zalegającej cienkiej warstwie śniegu. Owego dnia tej ławki jeszcze nie było, a ja szłam wtedy w takim jak ten korowodzie. – na twarzy kobiety pojawiają się łzy. Podaję jej chusteczkę, a ta ociera szybko twarz, by słone krople jej nie odmroziły. Siadam obok nie zważając na przejmujące zimno.
– Przeżyliśmy ze sobą prawie pięćdziesiąt lat. On był górnikiem w kopalni, ja pracowałam najpierw w polu, potem bawiąc dzieci, a pod koniec w dużym zakładzie, na szarpalni. On jako górnik przeszedł na wcześniejszą emeryturę, ja dorabiałam do sześćdziesiątego roku życia. Pobraliśmy się z rozsądku. On był sołtysem w swojej wsi. Nie, nie był stary – dodaje szybko, widząc zdziwienie na mojej twarzy i gwałtownie kręci głową. Czasy były inne. Sołtysami zostawali młodzi ludzie. Rodzice namówili mnie na małżeństwo z nim. Mówili „Teresko, z tego Edzia to bardzo dobry człowiek. Nie znajdziesz lepszego”. Posłuchałam. Pobraliśmy się w 1955 roku. Początki były trudne. Polska zaledwie dziesięć lat wcześniej wyzwoliła się spod jarzma wojny, popadając jednak w ręce kolejnych oprawców. W sklepach nic nie było, a i rodzice w niczym nie pomogli. Nas w domu było dziewięcioro, u Edzia zaś czterech braci. Do wszystkiego dochodziliśmy sami.
Kiedy na świat przyszedł Kazio, to nie posiadaliśmy się ze szczęścia. Mieszkaliśmy wtedy w małej klitce na poddaszu. Wszędzie pełno było karaluchów, które wchodziły do kołyski syna i nie upilnowane, siekły niemiłosiernie jego maleńkie ciałko. Pewnego dnia Kazio zachorował. Na jego bródce pojawiła się krostka. Lekarz z oficyny obok przeciął ją i zostawił w takim stanie, nie podał surowicy; wdało się zakażenie, na ratunek było za późno. Odszedł kiedy ja byłam w siódmym miesiącu z Jadzią – kobieta ponownie ociera oczy i poczerwieniały nos, a ja tymczasem ukradkiem zerkam na czarny marmurowy pomnik gdzie na maleńkiej tabliczce widnieje napis: „Kazio W, żył lat 2”.
- Dostaliśmy później dużo większe mieszkanie z przydziału. Do małej Jadzi dołączył Daruś. Wiedliśmy spokojne życie. Dzieci, pomimo swojej niesforności dawały nam dużo radości. Kiedy dorosły i założyły własne rodziny, nasz dom stał się miejscem spotkań świątecznych. Pełno w nim było śmiechu i wesela. Kilka lat temu za ich namową przeprowadziliśmy się do większego, wygodniejszego mieszkania. Wówczas jeszcze nie wiedziałam...
– Czuję, jakby to było wczoraj. Był także zimowy dzień. Pomimo, że słońce świeciło ze zdwojoną siłą, to mróz trzymał, nie pozwalając rozpuścić się zalegającej cienkiej warstwie śniegu. Owego dnia tej ławki jeszcze nie było, a ja szłam wtedy w takim jak ten korowodzie. – na twarzy kobiety pojawiają się łzy. Podaję jej chusteczkę, a ta ociera szybko twarz, by słone krople jej nie odmroziły. Siadam obok nie zważając na przejmujące zimno.
- Dostaliśmy później dużo większe mieszkanie z przydziału. Do małej Jadzi dołączył Daruś. Wiedliśmy spokojne życie. Dzieci, pomimo swojej niesforności dawały nam dużo radości. Kiedy dorosły i założyły własne rodziny, nasz dom stał się miejscem spotkań świątecznych. Pełno w nim było śmiechu i wesela. Kilka lat temu za ich namową przeprowadziliśmy się do większego, wygodniejszego mieszkania. Wówczas jeszcze nie wiedziałam...
czwartek, 4 marca 2010
Słów kilka tytułem wstępu
Z dawien dawna wiadomo było, że wielką przeciwniczką blogów byłam. Byłam, to dobre określenie...
Pomysł i potrzeba zrodzenia tego świata, mojego podwodnego świata dojrzewał wraz dokonywanymi obserwacjami.
Miejsce to z założenia ma być przestrzenią, w której dotknąć będzie można historię... historię pana od precli na rogu Grodzkiej i Dominikańskiej, jakiegoś nieznanego z imienia i nazwiska heroicznego żołnierza walczącego o wolność... Będziesz mógł poznać tu, Drogi Czytelniku historię moją i Twoją...
Zatem usiądź wygodnie i wpłyń w mój świat ludzkich historii...
Pomysł i potrzeba zrodzenia tego świata, mojego podwodnego świata dojrzewał wraz dokonywanymi obserwacjami.
Miejsce to z założenia ma być przestrzenią, w której dotknąć będzie można historię... historię pana od precli na rogu Grodzkiej i Dominikańskiej, jakiegoś nieznanego z imienia i nazwiska heroicznego żołnierza walczącego o wolność... Będziesz mógł poznać tu, Drogi Czytelniku historię moją i Twoją...
Zatem usiądź wygodnie i wpłyń w mój świat ludzkich historii...
Subskrybuj:
Posty (Atom)