poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Poszukując

Czy w dzisiejszych czasach ludzi interesuje odkrywanie siebie? Czy najważniejsza jest pogoń za pracą i pieniądzem? Czy istnieje potrzeba zatrzymania się na chwilę? Wielu zapyta po co? Przecież wszystko co mam jest na wyciągnięcie ręki. Milena wyciągając rękę chwyciła wszystko. Poznała siebie i zyskała czas. Wystarczyło się tylko zatrzymać.

Wiało już drugi dzień z rzędu. Okiennice za oknem łopotały miarowo w rytm wiatru. Jeszcze jeden – pomyślała – i wiatr ucichnie. Albo i nie, bo to przecież mistral, zimny, suchy i porywisty wiatr, równie nieprzewidywalny jak temperament mieszkańców wybrzeża śródziemnomorskiego. Francuzi uważają, że wieje trzy dni, bądź wielokrotność trzech dni. Dla niej wiatr wiał nieprzerwanie przez kilka miesięcy.

Milena, radosna, mająca tysiąc pomysłów na minutę, spontaniczna blondynka o szarych oczach uśmiecha się gdy pytam ją o Marsylię. – Ja nie jestem przykładem, o którym ludzie chcą słuchać. Ja nie pojechałam tam za chlebem, nie pojechałam też się uczyć, Ja pojechałam tam odnaleźć siebie. Wśród słonecznych ulic historycznego miasta południowej Francji odkrywałam sens swojego życia. To było moje miejsce do zatrzymania się i poznania siebie i swoich możliwości, odkrycia swojego kobiecego piękna i własnej wartości.

Marsylia przywitała ją pięknym słońcem i wiosenną temperaturą. Opuszczała Polskę w połowie stycznia, kiedy słupek rtęci w termometrach nie przekraczał -15 stopni Celsjusza. - Kiedy wyjeżdżałam z Polski miałam na sobie polar i ciepłą kurtkę. W Marsylii wystarczył lekki płaszczyk, który zaraz zresztą zdjęłam. Potem pogoda się zepsuła, ale ten dzień był wyjątkowo piękny.

Wszystko za sobą

Milena postawiła wszystko na jedną kartę. Spakowała się i całkowicie wyprowadziła z zajmowanego dotychczas pokoju. Zamykając książki i różne bibeloty w pudełkach, wiedziała, że zamyka za sobą pewien etap. – Czułam, że zostawiam za sobą wszystko. Rodzinę, przyjaciół, pracę. To było dla mnie bardzo namacalne. Spakowałam się w moją wielką, czarną walizkę i wyjechałam. Wiedziałam, że zostawiłam wiele, choć oczywiście miałam świadomość, że zawsze mogę wrócić. Nie miałam poczucia, że coś poświęciłam, miałam natomiast poczucie, że coś zostawiłam za sobą, ale zostawiłam to po to, by odkryć coś nowego.

- Zanim wyjechałam spotkałam się z ogromnym sprzeciwem ze strony rodziny. Nie chcieli, żebym wyjeżdżała, bo nie widzieli w tym sensu ani celu. Wsparciem w podjęciu tej decyzji otoczyli mnie przyjaciele i znajomi. Niedługo przed wyjazdem spotykałam się z kimś. Uważał, że jeśli ten wyjazd jest dla mnie ważny, to powinnam pojechać. Dla mnie tez było ważne to, że osoba, z którą się spotykam, daje mi tyle wolności, pozwala być sobą i wspiera w realizacji tego co zaplanowałam. I choć nasze drogi szybko się rozeszły, cieszę się, że dostałam wtedy ten kredyt zaufania i dobrze rozumianą wolność.

Nim Milena trafiła do Marsylii trzy miesiące spędziła w Tigery pod Paryżem. Wraz z nauką języka rodził się w niej bunt. Czuła, że marnuje czas, że kariera przecieka jej przez palce. Wiedziała, że na dłuższy czas wypada z rynku pracy, a powrót do rzeczywistości nie będzie łatwy. Tym bardziej, że wracając trafiła na kulminacyjny moment kryzysu gospodarczego. Zaczęła ze sobą walczyć, chciała rzucić wszystko i wracać. Przez pierwszy miesiąc broniła się przed Francją, przed konsekwencjami podjętej decyzji. – Zmieniłam podejście dopiero wtedy, gdy ktoś powiedział, bym spojrzała na ten czas jako na fundament mojej przyszłej kariery. Od tej pory wiedziałam, że to jest ten czas, czas, który potrzebuje na to, by w wieku 35 lat nie musieć biec.

Pod słońcem Prowansji

Milenie w poszukiwaniach towarzyszyło piękno słonecznej Marsylii. To śródziemnomorskie miasto swoją historią sięga jeszcze 600 lat sprzed początków naszej ery. Założone przez Greków z Fokai, noszące pierwotnie nazwę Massalia, miasto stało się ulubionym miejscem pisarzy. To ona miedzy innymi stała się miejscem akcji powieści Aleksandra Dumasa „Hrabia Monte Christo”. To z znajdującego się na pobliskiej wyspie zamku d’If miał brawurowo uciec główny bohater powieści.

Przez wieki Marsylia była jednym z najważniejszych miast Francji. Znacznie zniszczona podczas II Wojny Światowej nie odzyskała już swojej wiekowej świetności. Mimo to, dziś jest nadal jednym z najważniejszych francuskich ośrodków. Jest trzecim co do największej ilości mieszkańców miastem Republiki Francuskiej, a drugim co do wielkości portem Europy. Jednak Marsylia to nie tylko miasto portowe, ale ważny ośrodek nauki i kultury. Liczne muzea, pozostałe zabytki, i oczywiście malownicze miejsca zachęcające do pieszych wędrówek corocznie przyciągają do Marsylii wielu turystów.

Mekka Arabów


Do Marsylii jednak nie tylko przyjeżdżają turyści. Stała się ona poniekąd również mekką Arabów. Są dzielnice, które zamieszkiwane są głównie przez ludność arabską. – W tej chwili – mówi Milena 60% dzieci stanowią dzieci arabskie. Jest to o tyle problem, że ludność tej społeczności zupełnie nie asymiluje się w naszych europejskich realiach. Osiedlając się w Europie próbują narzucić swoją kulturę.

Szczególnie trudną sytuację mają kobiety. W określonych rejonach Marsylii pożądliwe spojrzenia, gwizdy, zaczepki są na porządku dziennym. Tam kobieta, normalnie ubrana Europejka nie jest traktowana jak kobieta, nie jest nawet traktowana jak człowiek. Milena przyznaje, że sama kilkakrotnie padła ofiarą takich zachowań. –Trzeba wiedzieć gdzie nie należy chodzić. Niestety dzielnica przy której znajduje się część turystyczna miasta jest zamieszkiwana w dużej liczbie przez ludność arabską. Naturalnym więc zachowaniem jest nie wychodzenie po zmroku, czy zapuszczanie się w wąskie, znajdujące się tuż obok miejskiego zgiełku, ulice.

Jest to o tyle problem, że Arabowie się nie asymilują. Nie uznają naszej Europejskiej kultury. Widać to na każdym kroku: w drobnych gestach i codziennych sytuacjach. – Wyjeżdżając z Polski nie miałam nic do ogólnie rozumianej „kultury arabskiej”, powiedziałabym, że byłam osobą tolerancyjną. Moje postrzeganie się zmieniło po pobycie w Marsylii, gdzie doświadczyłam braku tolerancji z drugiej strony, gdy idąc na dworzec kolejowy, musiałam się zmierzyć z zaczepkami, spojrzeniami czy nachalnością w kontaktach. Myślę też, że moje negatywne postrzeganie opieram na zdarzeniu, które miało miejsce już pierwszego dnia mojego pobytu w Marsylii. Kiedy to pewien piętnastolatek o śniadej cerze uderzył mnie kilkukrotnie, jednocześnie kradnąc aparat.

Kuchnia Prowansji

Marsylia, to nie tylko ludzie, ani też piękne widoki charakterystyczne dla Lazurowego Wybrzeża, to również pachnące i aromatyczne jedzenie. Natura nie poskąpiła tej krainie naturalnych bogactw, tworząc dzięki temu jedną z najbardziej wyrafinowanych i bogatych w smaki kuchnię Europy.

Prowansja słynie z pysznej oliwy z oliwek. Jednak jej produkcja została mocno ograniczona po fali mrozów jaka nawiedziła ten region w latach 50-tych ubiegłego wieku, która zniszczyła ogromna połacie ziemi przeznaczonej pod uprawę gajów oliwnych. Jednak oliwa z oliwek nadal znajduje szerokie zastosowanie w kuchni prowansalskiej, a wizerunki czarnych oliwek zdobią wiele turystycznych pamiątek. Bez oliwy nie sposób wyobrazić sobie słynnego prowansalskiego sosu aioli , którego bazę stanowi złocisty płyn.

Wzdłuż całego Lazurowego wybrzeża łowi się bardzo dużo ryb i owoców morza, a ich zapach towarzyszy niemal codziennie mieszkańcom dzielnic portowych. W Marsylii już wysiadając z metra przy Starym Porcie uderza w nozdrza zapach ryb. Jest on wszechobecny, zmienia się jedynie jego intensywność. Codziennie można tu kupić świeżą rybę, a odbywający się od dziesiątków lat targ rybny przyciąga całą rzeszę miłośników morskich specjałów.

Najbardziej charakterystycznym, a jednocześnie dość drogim specjałem marsylskiej kuchni jest zupa rybna Bouillabaisse. Pierwotnie było to danie ubogich rybaków, których jedyne na co było stać, to zrobienie dania z rybich resztek. Dziś podobnie jak wiele innych potraw kuchni francuskiej uległa wyrafinowaniu. Do przyrządzenia tej potrawy potrzeba przynajmniej pięciu gatunków ryb, a całe danie złożone z zupy, mięsa ryb, chleba i sosu jest niezwykle sycące.

Kuchnię prowansalską wyróżnia obowiązkowy dodatek aromatycznych ziół prowansalskich, stosowanie czosnku, oliwek i anchois oraz duszenie warzyw: papryki, bakłażanów, cukinii, pomidorów, cebuli. Na wielokolorowych targach znajdziemy bogactwo dojrzewających w śródziemnomorskim słońcu warzyw i owoców. To stąd pochodzi przepyszna potrawa o jakże wdzięcznej nazwie Ratatouille będącej mieszanką duszonych warzyw.

- Z Marsylii zapamiętam zapach lawendy i smak lodów lawendowych, które nigdzie indziej nie smakują jak tam – mówi Milena. – Z kuchni prowansalskiej wyniosłam jednak coś znacznie cenniejszego niż bogatą gamę smaków i aromatów. Wyniosłam kuchnię pełną miłości i wzajemnego oddania. Nauczyłam się, że posiłek to nie tylko szybkie przygotowanie, a potem jeszcze szybsza konsumpcja. Nauczyłam się celebrować jedzenie. Tam jeden posiłek potrafił trwać godzinę, a niekiedy i dłużej. To nie było tylko jedzenie, przede wszystkim to były rozmowy.

Polskim okiem

Trudno oszacować ilu Polaków mieszka w Marsylii. Jedni mieszkają tutaj na stałe, inni przyjeżdżają na chwilę. Kierują nimi różne powody. Są tacy, którzy przyjeżdżają za chlebem i pracują w najniżej opłacanych sektorach. Są kobiety, które pracują sprzątając domy, mężczyźni zajmujący się budownictwem, czy transportem. Są też młodzi ludzie, którzy przyjechali do Marsylii na studia, bądź tuż po studiach, by znaleźć swoje szczęście właśnie tutaj. Każdy jest inny i każdy ma inny cel.

– Mniej więcej po miesiącu odkryłam w Marsylii polski Kościół> Był co prawda na drugim końcu miasta, a dojazd zajmował godzinę czasu. Nie przeszkadzało mi to jednak dojeżdżać tam na coniedzielną Eucharystię – wspomina Milena. - Było to dla mnie o tyle ważne, że w czasie, kiedy byłam w Marsylii, Polskę dotknęła niebywała tragedia, katastrofa pod Smoleńskiem. . W momentach trudnych dla mojego Państwa jestem jeszcze bardziej Polką. Identyfikuję się z tym całkowicie. Potrzebowałam znaleźć Polską parafię, polskich ludzi, potrzebowałam języka polskiego. Łatwiej mi było to przetrwać. Jednocześnie byłam bardzo poruszona postawą Francuzów, którzy w tych ciężkich dniach okazywali mi ogromne wsparcie. Przychodzili do mnie mówiąc, że się za mnie modlą, że modlą się za mój kraj. To było dla mnie ogromnie ważne.

Wystarczy chcieć

- Wydaje mi się, że w Marsylii życie jest trudniejsze niż w Polsce. Przede wszystkim jest droższe. Jednak jeśli ktoś ma pracę, to stać go na godne życie – mówi Milena. Miasto jest otwarte również na pracowników z innych krajów. W urzędach pracy jest wiele kursów. Jeśli nie uda się znaleźć pracy w jednym zawodzie, łatwiej jest się przekwalifikować. Marsylia daje również możliwości zarobków w okresie wakacyjnym. Wielu studentów decyduje się na kilkumiesięczny pobyt nęceni atrakcyjną stawką godzinową.

Możliwości jest wiele. – Jeśli tylko ktoś jest zdeterminowany i chce pracować, jest w stanie osiągnąć tam ten cel – przekonuje Milena. Jednak podstawą jest język. Bez znajomości języka francuskiego nie da się wiele wskórać. – Wydaje mi się, że Francuzi z zasady nie uczą się języków obcych. Mają jednak ogromny szacunek względem tych, którzy podejmują próby komunikacji w ich ojczystym języku.

Z polskiej perspektywy

- Taką próbkę tego, co daje mi Marsylia miałam już dwa lata temu. Kiedy będąc jeszcze tam we Francji, przyjechałam do Polski na dwa tygodnie – wspomina Milena. Usiadłam w jednej z warszawskich knajpek i patrząc przez okno zastanawiałam się gdzie Ci ludzie tak się śpieszą, dokąd oni biegną. I to było dla mnie takie zaskoczenie, że ja się zatrzymałam, że wypadłam z tego biegu, że zaczęłam po prostu wolniej żyć.

- Kiedy wróciłam do Polski nie wiedziałam co mam mówić na rozmowie kwalifikacyjnej o pracę. Bo co miałam odpowiedzieć na pytanie: co pani robiła przez ostatni rok? Żyłam? A ja rzeczywiście żyłam uczyłam się życia na nowo.

Dziś od powrotu mijają dwa lata. Milena mieszka i pracuje w Warszawie. Rzeczywiście zwolniła. Nie gna już z jednego miejsca pracy w drugie. Marsylię wspomina z nostalgią, a gdy o niej mówi, robi to ciepłym pełnym radości tonem , a w kącikach oczu widać pojedyncze kropelki łez wzruszenia. – Miałam taki moment, kiedy zastanawiałam się czy nie zostać tam na dłużej. Jednak wybór w tamtej chwili był dla mnie prosty. Chciałam wrócić do Polski. Tu mam rodzinę, przyjaciół, tu się czuję najlepiej. A wróciłam z bogactwem, którego wcześniej nie widziałam. Bo pracować można wszędzie, ale zatrzymać się i poznać siebie, chyba tylko tam.

wtorek, 10 stycznia 2012

192 dni

Czerwiec tego lata był wyjątkowo deszczowy. Deszcz siąpił, lał, mżył i szykował się do kolejnej nawałnicy. W Krakowie, skąpanym w szarościach życie toczyło się leniwie, nawet turyści, zazwyczaj głośni, gadatliwi i bardzo absorbujący przemykali między ulicami bardziej szukając schronienia w przytulnych kawiarenkach, niż podziwiając imponujące zabytki. Mimo natłoku zajęć i obowiązków, dni mijały powoli, jakby dostojnie celebrowały każdą minutę miesiąca.

Z rytmicznego stukania w klawiaturę wyrwał mnie dzwonek leżącej nieopodal komórki. – Pani Ewelina? – słyszę w słuchawce. – Tak – odpowiadam niepewnie. Głos w słuchawce był obcy, a jedyną wskazówkę z kim rozmawiałam mógł stanowić numer telefonu. – Dzwonię do pani z Kliniki Ortopedii. Mam przed sobą pani skierowanie i chciałabym poinformować, że wyznaczyliśmy pani wstępny termin operacji, 26 czerwiec. Czy pani on odpowiada? –To za trzy tygodnie? – pytam lekko oszołomiona. - Tak, za trzy tygodnie – potwierdza. –Rozumiem, że pani się zgadza? Świetnie w takim razie proszę do nas przyjechać dzień wcześniej, a w najbliższym czasie odebrać skierowanie.

Po raz pierwszy o propozycji operacji usłyszałam w kwietniu. Podczas rutynowej kontroli w poradni ortopedycznej usłyszałam od lekarza. Krótkie „a nie myślałaś o wydłużeniu nogi” spowodowało lawinę wydarzeń. O samej terapii wiedziałam niewiele. Dwie stalowe obręcze kilka śrub przytwierdzonych do kości, długi proces leczenia. Przez tyle lat nikt nie proponował mi takiej formy terapii. A teraz, myślałam, już jestem zbyt dorosła. Lekarz zapewnił mnie, że wiek nie ma znaczenia, a nawet jest atutem, bo skoro osiągnęłam już właściwy wzrost, to cały proces wydłużania, może przynieść optymalne wyniki.

Od zawsze lubiłam ryzyko, stawiać wszystko na jedną kartę. Mimo, że z pozoru wydaje się nieśmiała i zachowawcza, to chęć brnięcia w nieznane przełamuje moje opory. Wewnętrzna potrzeba przeżycia przygody pcha mnie w nieznane. Tak jak nieznany był mi Kraków kilka lat temu rozpoczynałam w nim studia, tak i nieznany był mi świat drutów, śrub, a przede wszystkim podporządkowanie wszystkiego regularnemu podkręcaniu.

Wydawało mi się, że mam jeszcze całkiem spory zapas czasu, przez co zdążę się odpowiednio przygotować do operacji, zarówno psychicznie jak i fizycznie. Toteż niespodziewany telefon na początku czerwca sprawił, że wpadłam w lekką panikę. Zaczęłam gorączkowo przeglądać fora internetowe, szukałam ludzi, którzy przeszli podobne leczenie, przeglądałam zdjęcia, wykresy, schematy.

Michael Jackson nie żyje

Nie pamiętam ile czasu minęło zanim znalazłam się na sali i podano mi znieczulenie. Od poprzedniego wieczoru wiedziałam, że w czasie operacji nie będę pod narkozą ale dostanę znieczulenie zewnątrzoponowe. Miałam więc świadomość, że wszystko będę słyszeć, komendy, szczęk narzędzi, dźwięk z wnętrza mojego ciała. Tak, to też się słyszy. Najgorszy jednak był dźwięk piły i wiertarki, które wgryzały się w moją dotychczas zdrową kość. Mnóstwo dźwięków, mnóstwo myśli. Miałam wrażenie, jakby zewsząd docierające do mnie dźwięki rozsadzały mi głowę.

Był 26 czerwca i pierwsza informacja jaka do mnie dotarła to śmierć Michaela Jacksona. Leżałam bez ruchu na płasko poruszając jedynie w niewielkim stopniu głową, wokół mnie przewijały się tłumy zatroskanych lekarzy i pielęgniarek. Mój telefon dzwonił, a ja czułam się samotna, samotna w strachu, samotna w tym co będzie dalej, samotna w nieodwracalności decyzji. Pierwszy kryzys przyszedł wieczorem., Nagły skok ciśnienia, temperatury wywołały silne drgawki i dreszcze, zaczęłam się dusić, tracić przytomność.

Z perspektywy 168 cm.

Z niecierpliwością czekałam na moment, w którym pozwolą mi wstać. Pozwolono mi dopiero na trzeci dzień. Z wielką ostrożnością zsunęłam się z łóżka, nie mogąc doczekać się postawienia pierwszych kroków. Pierwsza próba i grymas bólu wykrzywił mi twarz. Jakie było moje zaskoczenie kiedy okazało się, że mimo iż operowano mi staw skokowy i kość udową, posłuszeństwa odmówiło mi kolano. Przez sześć długich dni cały proces rehabilitacji skupiał się na jednym, zlikwidować przykurcz mięśni, unieruchamiający kolano.

Po 10 dniach od operacji, przyszedł czas na pierwsze podkręcanie śrub. Miałam ogromne szczęście, zamiast ciężkich, niewygodnych metalowych obręczy, założono mi wąski, wielkością i kształtem przypominający baterię od laptopa, aparat z włókna szklanego. Codziennie moja kość miała rosnąć o 1 milimetr. Aby tego dokonać musiałam co 6 godzin podkręcać aparat. Pierwsze włożenie klucza w skomplikowany mechanizm wzbudzało lęk. Nie wiedziałam, czy będę czuła ból, czy nie popełnię jakiegoś błędu. Podkręcanie śrub nie było bolesne, nie sprawiało też większych problemów.

Tak jak astmatyk nie wyjdzie z domu, nie zabrawszy ze sobą inhalatora, tak i ja nie rozstawałam się z kluczem do aparatu i sporym zapasem środków opatrunkowych. Wyliczanie tego, co musi się znaleźć w mojej torebce stało się jak mantra.

Najtrudniejszy był pierwszy miesiąc. Bolesna rehabilitacja, nauka chodzenia o kulach, wstawania, siadania, bez niepotrzebnego ruszania aparatu. Wszystkich naturalnych czynności musiałam uczyć się na nowo. Najtrudniejsze do zaakceptowania było to, że w wielu sytuacjach muszę prosić o czyjąś pomoc. To była walka samej z sobą, schowania swojego „ja sama”, a nauczenie się „proszę, potrzebuje twojej pomocy”.

Trzy laski w jednym

Decydując się na aparat, podjęłam decyzję o bliznach. Dla kobiety nie jest łatwo przyzwyczaić się do myśli, że oprócz niewygód związanych z leczeniem, będzie musiała jeszcze zmagać się z brzydkimi śladami. Mimo pełnej świadomości co do słuszności przeprowadzenia operacji, to wizja blizn była wyjątkowo przykra. Z perspektywy czasu, wydaje mi się, że bardziej niż bólu, obawiałam się tego, że zostanę oszpecona.

W każdej trudnej sytuacji przychodzi moment akceptacji. Po miesiącu zmagania się z myślą, że w moim udzie znajdują się cztery pokaźne śruby, przyszedł czas na pogodzenie się z tym. W myśl zasady jeśli nie możesz się czegoś pozbyć, spróbuj to polubić, postanowiłam, że cały proces wydłużania w żadnej mierze nie ograniczy mojego dotychczasowego życia. W dwa tygodnie po zakończeniu podkręcania pojechałam na wakacje do Chorwacji. Prawie 20-godzinna podróż samochodem , blisko 40-stopniowe upały, górzyste tereny, stanowiły nie lada wyzwanie.

Ile podróży odbyłam w przeciągu tych sześciu miesięcy? Nie wiem. Na pewno wiele. Wiele było również koncertów, tańców. Z czasem aparat przestał być dla mnie problemem. Ba, stał się nawet dobrem znajomym. Wraz z przyjaciółkami nadałyśmy mu pieszczotliwą nazwę „kochanka”, a kule stały się „przyzwoitkami”.

Dla mnie jednak aparat, stał się przede wszystkim częścią mnie, Częścią, która nie tylko dała mi dodatkowe 3,5 cm wzrostu, ale częścią, która pokazała mi kim jestem i dokąd zmierzam, częścią, dzięki której przełamałam wiele schematów, nierzadko własnych. Dzięki niemu uczyłam się pokory i zaufania. Nauczył mnie radości z błahych rzeczy, a nade wszystko czerpania z życia pełnymi garściami.

Każdy w życiu ma taki swój „aparat”, życzę każdemu, aby go odnalazł, właściwie podkręcił i korzystał w pełni możliwości jakie daje.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Sprawna

Z przewlekłą chorobą czy upośledzeniem można żyć normalnie, wystarczy tylko nauczyć się, a czasem i polubić to co nas ogranicza. To, z czym nie można żyć normalnie to przepisy i biurokracja, które niekiedy utrudniają zwyczajne życie niepełnosprawnym.

Niemal każdy niepełnosprawny w swoim życiu stanął przed komisją, która miała uznać go za osobę niepełnosprawną. W Polsce w procesie orzekania o niepełnosprawności rozróżnia się dwa rodzaje orzeczenia. Pierwsze wystawiane przez lokalne ośrodki do spraw orzekania o niepełnosprawności. W tym wypadku szczególną granicę wyznacza 16 rok życia. Do tego wieku u dziecka stwierdza się sam fakt posiadania niepełnosprawności bez konieczności określania jego stopnia. Po przekroczeniu przez dziecko 16 roku życia komisja orzekająca określa dodatkowo stopień upośledzenia: lekki, umiarkowany lub ciężki. Poprzedzać to powinna dogłębna analiza zebranej dokumentacji medycznej, następnie konsultacja lekarska, przeprowadzona przez specjalistę, a na końcu wywiad środowiskowy. Na tej podstawie weryfikuje się historię choroby pacjenta, a także określa się jego przystosowanie do prowadzenia samodzielnego życia.

W myśl obowiązującego w Polsce prawa takie orzeczenie nie kwalifikuje osoby niepełnosprawnej do ubiegania się o rentę. Ma ono jedynie na celu formalne potwierdzenie posiadania statusu osoby niepełnosprawnej. By móc uzyskać świadczenia rentowe trzeba stanąć przed kolejną komisją powołaną przez zespół lekarzy orzeczników Zakładów Ubezpieczeń Społecznych, by uzyskać drugi rodzaj orzeczenia. Do 2003 roku o przyznaniu renty socjalnej decydowały lokalne organy do spraw orzecznictwa. Od 1 października 2003 roku organem wydającym decyzje o prawie do pobierania renty socjalnej jest ZUS a w szczególnych wypadkach inne organy emerytalno-rentowe, np. KRUS.

Sprawna czy nie?


Mając lat 26 przed komisją decydującą czy uznać mnie za osobę niepełnosprawną stawałam czterokrotnie, trzykrotnie w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej i raz w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych. Każdy kto choć raz był w podobnej sytuacji wie, że nie należy ona do przyjemnych. Trzeba zadbać by wszystkie dokumenty, zaświadczenia i orzeczenia lekarskie trafiły bezpośrednio do osoby decydującej o tym czy słusznie określamy się mianem osoby niepełnosprawnej.

Ubiegając się o nadanie nam statusu niepełnosprawnego i przyznaniu nam stopnia upośledzenia należy przejść kilka etapów: wizyta u lekarza orzecznika, konsultacja specjalistyczna i wywiad środowiskowy. Tak przynajmniej wygląda to w założeniu. W rzeczywistości lekarzem orzecznikiem jest zazwyczaj internista, który według własnego uznania kieruje na konsultacje u specjalisty. W moim przypadku stwierdzenie niepełnosprawności dotyczyło wzroku i ruchu, i o ile za każdym razem konsultował mnie okulista, o tyle swojej opinii nigdy nie wyraził lekarz ortopeda. Do przyznania mi niepełnosprawności ruchowej wystarczyła jedynie dołączona dokumentacja medyczna.
Osobnym, wartym zauważenia tematem jest wywiad środowiskowy, przeprowadzany przez lokalnego pracownika socjalnego. Jego celem jest określenie poziomu wykształcenia osoby ubiegającej się o status niepełnosprawnego i posiadanych przez niego kwalifikacji, a ponad to ocena warunków socjalnych, które mogą wpływać na stopień uczestnictwa w życiu społecznym oraz możliwości samodzielnej poprawy egzystencji osoby zainteresowanej. W praktyce wygląda to tak, że pracownik socjalny zadaje pytania o warunki mieszkaniowe, czy posiada się samodzielny pokój, czy też może współdzieli się go z innym członkiem rodziny, pojawia się również pytanie czy posiada się własne łóżko. Pytano mnie również o to w jakich sytuacjach potrzebuje pomocy innych osób, a w których potrafię radzić sobie sama.

Nie ma w tym nic dziwnego. Z tym, że czasem zdarzają się sytuacje, kiedy do pokoju, w którym przeprowadzany jest wywiad wchodzą osoby trzecie albo co gorsza jest on przeprowadzany w warunkach, gdzie całą rozmowę słyszą oczekujący za drzwiami inni zainteresowani. Poza tym, gdzieś wewnętrznie ma się świadomość tego, że jedno pytanie, na które udzieli się nieprawidłowej, według przyjętego schematu, odpowiedzi, może zadecydować jaki stopień niepełnosprawności zostanie przyznany. Czasami zdarzają się i sytuacje zaskakujące, mieszczące się niekiedy na granicy absurdu. Podczas mojej ostatniej komisji w MOPSie pracownik socjalny nie pytał mnie o to jak mi się żyje, ale o warunki wynajmu mieszkania w dużym mieście, bo akurat córka rozpoczynała tam studia.

Prawo do renty


Zupełnie inaczej rzecz ma się z orzekaniem o niepełnosprawności, które kwalifikować nas będzie do pobierania świadczeń rentowych. Po uzyskaniu pełnoletniości przysługiwała mi renta socjalna, którą wypłacał mi lokalny Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej. Kiedy w drugiej połowie 2003 roku zmieniły się przepisy i wypłacanie rent przejął ZUS otrzymałam jedynie pismo informujące mnie o tym, że teraz inny organ będzie zajmował się tymi świadczeniami. Bezpośrednio nie odczułam tych zmian, a pieniądze dalej regularnie mi wypłacano. W 2005 roku otrzymałam pismo, w którym wzywano mnie do stawienia się na komisję lekarską celem weryfikacji mojej niepełnosprawności i podjęcia decyzji o dalszym wypłacaniu mi świadczeń rentowych. Jednocześnie poinformowano mnie, że zostanie mi wstrzymane wypłacanie renty. Co też uczyniono… z dnia na dzień.

Komisja w ZUSie wygląda zupełnie inaczej. Mimo że mieszkam w innym miejscu, to odbywała się ona w stolicy województwa, gdzie jestem zameldowana. Musiałam zgłosić się dwukrotnie. Podczas pierwszej wizyty trafiłam na wyjątkowo nieuprzejmą panią doktor, która podczas badania próbowała udowodnić mi, że symuluję wadę wzroku i tak naprawdę widzę prawidłowo. Po opuszczeniu gabinetu czułam się jak symulant, który bezprawnie żąda od Państwa pomocy finansowej. Byłam załamana. Na kolejną wizytę, pojechałam bez większych nadziei. Wizyta u lekarza orzecznika: 10 rano. Pech chciał, że pociąg, którym jechałam miał opóźnienie blisko 2 godziny. Wpadłam zdyszana i spóźniona o 40 minut. Początkowo pani doktor nie chciała mnie przyjąć, argumentując, że skoro się spóźniłam najwyraźniej mi nie zależy. Dopiero po usilnych tłumaczeniach, że wstałam bladym świtem i jechałam pociągiem blisko 8 godzin i, że jego opóźnienie nie było ode mnie zależne pozwoliła mi wejść do gabinetu i przeprowadziła badanie. Do dziś nie wiem jak to się stało, ale na decyzji, jaką mi wręczyła było napisane że przyznają mi na trwałe niepełnosprawność, a co za tym idzie dożywotnio będzie mi przysługiwać renta socjalna. Wychodząc z gabinetu pani doktor jeszcze z uśmiechem na ustach powiedziała mi : Miała pani szczęście. Od jutra wchodzą nowe przepisy, które nie pozwoliły by na przyznanie pani trwałej niepełnosprawności.

Z orzeczeniem w ręku

Wydawać by się mogło, że mając w ręce dokument stwierdzający niepełnosprawność świat stoi otworem. Często mówi się, że niepełnosprawni mają lepiej, że łatwiej im niż osobom pełnosprawnym, bo Państwo dba o nich w sposób szczególny, tworząc całe zaplecze ulg i przywilejów. Większość niepełnosprawnych nie chwali się tym, że uznano je za niepełnosprawne, po niektórych nawet nie widać ich upośledzenia. Chcą żyć normalnie, być traktowani na równi z innymi. Korzystanie z ulg i przywilejów wiąże się z tym, że nierzadko leczenie pochłania znaczne zasoby pieniężne, a darmowy czy ulgowy bilet jest szansą na podreperowanie finansów.

Mimo, że wiele miejsc w Polsce nie jest jeszcze przystosowanych do potrzeb osób niepełnosprawnych, brak podjazdów dla wózków, pętli indukcyjnych dla osób z niedosłuchem, specjalnych linii dla słabo widzących, to jednak w coraz większej ilości miejsc orzeczenie o niepełnosprawności upoważnia do skorzystania z ulg czy przywilejów. Jednak zdarzają się momenty, kiedy nieznajomość obowiązujących przepisów doprowadza do stresujących sytuacji, kiedy jest się posądzanym o symulowanie, albo co gorsza publicznie kwestionuje się niepełnosprawność.

Jako, że często podróżuję, takie sytuacje zdarzają mi się w pociągu. Średnio około 4-5 razy w roku załoga konduktorska podważa moje prawo do korzystania z ulgowych przejazdów. Zazwyczaj argumentują nieważnością dokumentu i tym, że w ich firmie obowiązują wewnętrznie określone przepisy. Tłumaczą, uzasadniają, powołują się na odpowiednie punkty regulaminu, zawsze w obecności innych pasażerów. Jest to wyjątkowo krępujące. Nagle oczy wszystkich wokół zwracają się w moją stronę i wnikliwie obserwują. Jeśli dodatkowo konduktor analizując orzeczenie dochodzi do wniosku, że nie możliwe jest, abym była niepełnosprawna, sytuacja nie jest już niewygodna, lecz wręcz upokarzająca. W konsekwencji pozostaje przyjąć nowy, cały bilet, a niekiedy i mandat za bezprawne korzystanie z ulg, po to, by zaraz wysłać odwołanie. Zawsze przychodzi odpowiedź pozytywna, a w niej zwrot poniesionych kosztów i przeprosiny. Tyle, że nie o przeprosiny chodzi, ani nawet wyciągnięcie konsekwencji wobec odpowiedzialnych osób, lecz o właściwe przeszkolenie pracowników, aby do takich sytuacji nie dochodziło.

Urszula, lat 26, mieszka w Krakowie, gdzie ukończyła dwa kierunki studiów i pracuje. Od urodzenia nie widzi na jedno oko, a na drugie niedowidzi. Przeszła też kilka skomplikowanych operacji prawej nogi. Jest niepełnosprawna od urodzenia. Po 16 roku życia orzeczono u niej niepełnosprawność w stopniu umiarkowanym, a ZUS zakwalifikował ją jako osobę całkowicie niezdolną do pracy. Obydwa dokumenty stwierdzają jej niepełnosprawność na stale.

wtorek, 1 listopada 2011

Emigrant

Amerykańska firma poszukuje wysoko wykwalifikowanych pracowników produkcji do swojej filii w Wielkiej Brytanii. Praca przy maszynie na hali produkcyjnej. Od kandydatów oczekujemy zaangażowania i dyspozycyjności, umiejętności pracy w zespole. Mile widziana podstawowa znajomość języka angielskiego. Wybranym kandydatom oferujemy pracę w renomowanej firmie w międzynarodowym środowisku, atrakcyjną stawkę godzinową, program szkoleniowy, stale podnoszenie kwalifikacji. Aplikacje w języku angielskim prosimy wysyłać na adres…

Wielka Brytania po 1 maja 2004 roku została zalana falą emigrantów z całego świata. Otworzenie rynku pracy dla cudzoziemców zaskoczyło nawet samych Brytyjczyków. Nie przypuszczali, że ich kraj może wzbudzić aż takie zainteresowanie. W swoich szacunkach nastawiali się na około 13 tysięcy imigrantów. Tymczasem, według badań statystycznych, w ubiegłym roku na brytyjskim rynku pracy zarejestrowało się blisko 223 tysiące samych tylko Polaków.

- Pojechałem do Anglii, bo w Polsce, w firmie w której pracowałem, właśnie dostałem podwyżkę... o 1 grosz. Do pracy za granicą jedziesz albo zupełnie w ciemno i szukasz czegoś na miejscu, albo przez agencję, znajomych. Pierwsze dni upływają na aklimatyzacji, obcy język, obce widoki, obcy ludzie, nawet sposób poruszania się jest obcy... - mówi Piotr Michalski, który spędził w Wielkiej Brytanii ostatnie cztery lata. - Przychodzi jednak ten moment, w którym trzeba wziąć za słuchawkę i zadzwonić do potencjalnego pracodawcy i po angielsku umówić się na rozmowę. Trafiłem na dobry moment, kiedy było duże zapotrzebowanie na pracowników. W takich sytuacjach zatrudniają niemal wszystkich, szczegółowa weryfikacja następuje dopiero później. Mnie się udało, zostałem zatrudniony i pracowałem w tej firmie przez kilka lat. Na rozmowę kwalifikacyjną pojechałem z biegu. Telefon, krótka rozmowa, którą w moim imieniu przeprowadził kolega i za dwie godziny miałem stawić się w siedzibie firmy. Na miejscu okazało się, że cała rekrutacja trwała chwilę. Najpierw kilkustronicowa aplikacja do wypełnienia, a zaraz potem interwiew z pracodawcą. Przygotowywałem się do niego wcześniej, w końcu miała to być moja pierwsza rozmowa po angielsku.

Za chlebem


Wielu Polaków pracuje fizycznie w zawodach nie cieszących się uznaniem u mieszkańców Wysp. Popularna jest branża gastronomiczna, hotelarska, rolnictwo. Znaczna grupa osób decyduje się na opiekę nad dziećmi czy osobami starszymi lub zatrudniani są do pracy w halach produkcyjnych.

- Wystarczy, że chcesz pracować, a jakieś zajęcie na pewno się znajdzie. Dla angielskiego pracodawcy najważniejsze jest to, że chcesz pracować i wykazujesz inicjatywę. Kiedy nasi przełożeni zorientowali się, że nie przychodzimy do pracy po to, by odstać swoje, ale chcemy robić coś więcej, wtedy wszystkie nadgodziny kierowali do nas. Swój pierwszy wolny dzień miałem dopiero po dwóch miesiącach.

Polacy cieszą się w Anglii opinią dobrych, wykwalifikowanych pracowników. Kiedy Piotr pojechał na Wyspy, miał świadomość, że jeśli nie dostanie pracy w jednym miejscu, przyjmą go w innym. Zatrudniono go jako specjalistę od obsługi maszyny, która weszła dopiero w etap testów.Piotr szybko nauczył się ją obsługiwać, ba, nawet ją usprawnił, dzięki czemu osiągnęli zamierzone efekty. Po pewnym czasie wraz z kolegą stali się ekspertami, co zobowiązywało ich do szkolenia innych. Po angielsku rzecz jasna, czyli w języku, którego prawie nie znał.

- Z czasem dochodziło do zabawnych sytuacji, kiedy pracodawcy w zasadzie na nas opierali funkcjonowanie firmy. Raz, dwa razy do roku, jako, że byliśmy filią amerykańskiej firmy, przyjeżdżał do nas ktoś z zarządu. Na tydzień przed planowaną wizytą wszyscy w pełnej gotowości, z gotową listą w ręku co należy jeszcze zrobić, malowali ściany, wyklejali linie na podłodze, sprzątali cały budynek. W wielki dzień wizytacji, wokół panika, wszyscy wokół bladzi, a w oczach malowało się zwolnienie. Specjalnie wyselekcjonowana grupa pracowników, a w niej my, w bezruchu czekała na wizytę gościa. Na umówiony znak, wszyscy jak jeden mąż zaczęli pracować. Obrazek niczym z popularnego Muppet Show. A pozostali? No cóż, siedzieli na kantynie i udawali, że mają przerwę.

Podobnych sytuacji zresztą było wiele. W którymś momencie mojego pobytu w Anglii, Unia Europejska przeznaczyła pewną pulę pieniędzy na szkolenia, by w dobie kryzysu wykształcić sobie pracowników. Była to głośna sprawa. Mówiono o tym w telewizji, prasie, wiele informacji można było znaleźć w Internecie. Szkolenie mialo na celu podniesienie kwalifikacji brytyjskich pracowników, którzy przegrywali w konfrontacji z wysoko wykwalifikowanymi pracownikami z Europy Wschodniej. Zaproponowano je nam. Jak się później okazało kosztowały one znaczną kwotę pieniędzy. W ostatecznym rozrachunku przeszkoliło się od nas czterech pracowników, ja z kolegą, również Polakiem, Pakistańczyk i Angielka. Na nasze pytanie dlaczego my, skoro szkolenia przeznaczone są dla Brytyjczyków, usłyszeliśmy: „oni na to nie zasługują, a wy tak”.

Z otwartymi ramionami

Wielka Brytania otwierając się na przyjazd przybyszów z całego świata, udostępniła dla nich cały system wsparcia, jakim dysponuje. Wystarczy jedynie uzyskać numer ubezpieczenia, by mieć takie same prawa jak obywatele brytyjscy.

- Co mnie zaskoczyło, to fakt, że w Anglii wszystkie procedury są dużo łatwiejsze – mówi Piotr. Większość spraw można załatwić listownie, lub telefonicznie. Zaoszczędza całego zamieszania i gonitwy od urzędu do urzędu. Jedyne miejsce, w które musiałem udać się osobiście, to Job Centre Plus, gdzie po wnikliwej weryfikacji, dostałem numer ubezpieczenia. Całą resztę można załatwić nie ruszając się z domu.

Ma to oczywiście swoje wady. Przede wszystkim całe procedury trochę trwają , Czasem można zapomnieć o złożeniu wniosku, a potem okazuje się, że na koncie pojawiły się skądś dodatkowe pieniądze. Jak się później okazuje, z wniosku, który powoli zaczął już pokrywać się kurzem.

Jeszcze do niedawna mieszkańcom Zjednoczonego Królestwa nie opłacało się pracować. Niewiele mniej, o ile nie tyle samo mogli uzyskać dzięki zasiłkom. Według badań 5,5 mln Brytyjczyków nie pracuje, a 2,5 mln nigdy nie pracowało. Niezwykle łatwo jest uzyskać zaświadczenie o trwałej niezdolności do pracy. Trądzik, otyłość, choroba weneryczna… wystarczy jedynie lekarz, który wystawi odpowiedni dokument. Obecnie, kiedy okazało się, że Anglia w dobie kryzysu zadłużyła się na blisko bilion funtów, zaczęto ten system skrupulatnie weryfikować. Z dnia na dzień wstrzymano wypłaty zasiłków i zaostrzono procedury. Na odpowiedź odwołania czeka się nawet kilka miesięcy.

Angielskie wydawanie pieniędzy.


Przychodzi taki moment, kiedy należy wydać zarobione pieniądze. Dotychczas utarło się, że w Wielkiej Brytanii niektóre rzeczy są znacznie tańsze. - Oczywiście, że tak – potwierdza Piotr. - Prawdziwą okazję można „wyhaczyć” na niedzielnych bazarkach, gdzie ze £1 można było kupić komplet talerzy czy sztućców, a za £3 całkiem porządny zestaw kijów golfowych. Tańsze i w znacznie lepszym gatunku mają również ubrania. Jednak ceny sprzętu elektronicznego, po który Polacy masowo wyjeżdżali do Anglii, już się wyrównały.

Czasem może się zdarzyć, że część naszej wypłaty pójdzie na pokrycie mandatu. W Wielkiej Brytanii policja dysponuje bardzo dobrym sprzętem kontroli ruchu drogowego, ale robią wszystko, żeby go nie użyć. Może jednak przytrafić się tak, że jednak dostaniemy mandat, albo co gorsza zostanie nałożona na nas kara za niedopełnienie jakiś warunków formularza czy wniosku. Kary są duże, a czasem, nawet i bardzo duże. Obciążenia finansowe czekają na każdym kroku od zwykłego mandatu za złe parkowanie, kary za wszczynanie awantur, czy bójek, czy też wreszcie za nieuregulowanie licencji za korzystanie z telewizora.

Mieszanka multikulturowości


Do Anglii za chlebem ściągają imigranci niemal ze wszystkich stron całego świata W najgorszej sytuacji są ci, którzy do swojego kraju nie mają powrotu, którzy żyją ze świadomością , że ich nowym domem i ojczyzną staje się Wielka Brytania. Spotkać też można i tych, którzy świadomie, dobrowolnie zdecydowali się, by zostać tam na stałe. Ściągają całe swoje rodziny, organizując sobie życie na nowo, odcinając się nie tylko od tego co mieli, ale również kim byli w rodzinnym kraju. Są też i tacy, którzy przyjechali „na chwilę” zarobić, podreperować swój budżet, może po to by pooddawać długi, a potem znów wrócić do siebie.

- Okolice Manchesteru, w których byłem to mekka Pakistańczyków i Polaków. W żadnej innej części Wielkiej Brytanii nie ma ich tak wielu co właśnie tam. Pracowałem też Nigeryjczykami, mieszkańcami Konga, a nawet Bangladeszu. Bardzo wielu jest Litwinów, Łotyszy Słowaków, czy Czechów. Ta różnorodność kultur i narodowości uwidaczniała się na każdym kroku, począwszy od podejścia do pracy, na wierzeniach religijnych kończąc. Trzeba było szczególnie uważać, by zupełnie nieświadomie kogoś nie urazić, albo co gorsza zostać posądzonym o rasizm. Dlatego wiele jest tematów tabu. Nie rozmawia się o polityce, pochodzeniu czy religii. Czasem mogło zdarzyć się tak, że ktoś w rozmowie o tym napomknął, ale zazwyczaj szybko ucinał dyskusję, odpowiadając półsłówkami.

Wśród swoich

- W Wielkiej Brytanii niemal wszędzie spotykałem rodaków. Szpital, restauracja, zakład produkcyjny, a nawet lotnisko stają się miejscem pracy dla Polaków. Jest to o tyle dobre, że ma się swoich obok siebie, można zamienić kilka słów w rodzimym języku, czy napić się polskiego piwa. Bo w Anglii polskie piwo jest dostępne. Są nawet polskie sklepy, z polską żywnością, prowadzone w głównie przez… Pakistańczyków.

Niestety nie najlepszą opinię budują nam młodzi rodacy, w wieku około 18 lat, którzy jadąc na Wyspy wszystko już widzieli, wszędzie byli, niczym nie można ich zaskoczyć. Do Anglii przyjeżdżają, aby kraść, wszczynać awantury, albo zwyczajnie uciekają przed długami, zatargami, które czekają na nich w Polsce.

Piotr wspomina, że spotkał również i takich, którzy decydując się na stałą emigrację, odrzucają wszelkie próby kontaktu z rodakami. Mówią, że w ten sposób jest im łatwiej wtopić się w nowe środowisko.

Brytyjczycy zdaje się, że są świadomi tego, że przed falą emigracji już nie uciekną. I dlatego też w wielu sytuacjach wychodzą naprzeciw oczekiwaniom i potrzebom swoich nowych mieszkańców. Formularze w ojczystych językach, swobodny dostęp do tłumacza, zrównanie praw wszystkich pracowników, sprawiają, że nowi mieszkańcy Zjednoczonego Królestwa są traktowani na równi z rodowitymi Anglikami.

czwartek, 6 października 2011

Cisza

Bardzo dawno nie pisałam, ba zapomniałam, że kiedyś założyłam tego bloga. Ostatnimi czasy jednak przypomniało mi się o moim Podwodnym świecie, świecie widzianym rybim okiem. A ryba jak wiadomo nie ma powiek, więc ma oczy szeroko otwarte na świat. Dziś chciałabym Wam przedstawić Monikę i Paulinę, dwie przyjaciółki, wiele je łączy, mają wspólne pasje, są pełne życia. Niby nic wyjątkowego, jednak obie dziewczyny nie słyszą. Urzekła mnie ich historia, o tyle, że sama borykam się z niepełnosprawnością od urodzenia. Tak więc poznajcie Paulinę i Monikę...


Światło nad lodowiskiem jest przygaszone. Wokół rozbrzmiewa głośny śmiech dzieci, które pod czujnym okiem rodziców stawiają pierwsze kroki na lodowej tafli. Wśród nich uwagę przyciągają dwie młode, uśmiechnięte dziewczyny. Widać że dobrze się znają. Co chwilę szukają się wzrokiem, podjeżdżają do siebie, o czymś dyskutują.

Monika i Paulina mają po 24 lata.Od dwóch lat łączy je przyjaźń. Obie są młode, piękne, kochają łyżwiarstwo, są pełne życia. Obie też od urodzenia nie słyszą.

- Łyżwiarstwem interesowałam się od dzieciństwa – mówi Paulina – ale prawdziwą pasją do tego sportu zaraziła mnie Monika.

Monika łyżwiarstwo figurowe trenuje od ośmiu lat. Mówi, że łyżwy zmieniły jej życie. Dziś bez nich nie wyobraża sobie życia. Regularnie trenuje, startuje w zawodach, zdobywa wyróżnienia. Paulina trzyma za nią kciuki. Sama kupiła sobie łyżwy i zaczęła jeździć. Z małą przerwą, bo aktualnie wychowuje córeczkę. Jednak, jak sama mówi, do łyżwiarstwa kiedyś powróci.

Trudne początki
Monika i Paulina urodziły się z głębokim niedosłuchem. U Pauliny wada była konsekwencją różyczki, jaką przeszła jej mama w czasie ciąży. Sytuację pogorszyły jeszcze leki, które Paulina dostała kiedy miała 18 miesięcy. W wyniku tego w wieku 2 lat wykryto u niej niedosłuch. Duży, rzędu 90-95 dB. Kiedy zdejmie aparaty słuchowe może usłyszeć jedynie bardzo wysokie dźwięki. Monika nie wie, skąd tak duży niedosłuch. Lekarze nie potrafili podać jednoznacznej przyczyny To, że nie słyszy, zauważyła mama. Monika miała wtedy około 5 miesięcy. Po wielu wizytach u specjalistów udało się postawić diagnozę – niedosłuch w wysokości około 100 dB.

Według reguł medycyny dziewczyny nie miały prawa słyszeć i normalnie mówić. Dziś, jeśli ktoś ich nie zna, nie rozpoznałby u nich wady słuchu. Wyłamały się z ram określających osoby niedosłyszące i funkcjonują jak każdy, słyszący człowiek. Ten sukces zawdzięczają nie tylko sobie, ale przede wszystkim ogromnej determinacji rodziców. To dzięki nim w bardzo krótkim czasie udało się zdobyć pierwsze aparaty słuchowe dla Moniki i Pauliny. Monice pierwszy aparat ufundował biskup lubelski, Paulinie sprowadzono go z zagranicy. Podczas gdy większość dzieci miała pudełkowe aparaty słuchowe, ona nosiła zauszny. Był to w 1989 roku najlepszy dostępny sprzęt .

Dziewczyny rozpoczęły trudną, wyczerpującą rehabilitację. Zarówno mama Moniki, jak i mama Pauliny zrezygnowały z pracy i w pełni poświęciły się opiece nad dziećmi. Monika do 15 roku życia znajdowała się pod opieką dwóch logopedów. Jak sama mówi, wolała zajęcia z panem Januszem, gdyż jako dziecko lubiła słuchać męskich głosów, były dla niej przyjemniejsze. Paulina z poradni logopedycznej nie musiała już korzystać w czwartej klasie szkoły podstawowej. Prócz zajęć ze specjalistami dziewczyny przechodziły żmudne ćwiczenia w domu. Stukanie o garnki, dzwonienie sztućcami o różne naczynia, włączanie głośnej muzyki, zasłanianie ust kartką. Rodzice wymyślali tysiące sposobów, by dziewczyny mogły oswoić z dźwiękami i potrafiły je odpowiednio zinterpretować.

Dzięki wysiłkom swoich rodziców Monika i Paulina uczęszczały do publicznych szkół. Były traktowane na równi ze swoimi rówieśnikami, nie stosowano wobec nich taryfy ulgowej. Obie zgodnie twierdzą, że najtrudniejszy okres przechodziły w gimnazjum. To tam najczęściej doświadczały, że różnią się od swoich kolegów i koleżanek. Zamiast skarżyć się rodzicom, uciekały w swoje hobby. Monika zafascynowała się książkami i “Gwiezdnymi Wojnami”, Paulina malowała i lepiła figurki z modeliny. Miała ich całą kolekcję.

Przyjaźń między dźwiękami
Mimo, że od dzieciństwa wiele je łączy poznały się dopiero dwa lata temu. W jednej z gazet ukazał się artykuł, którego bohaterką była Monika. – Pomyślałam sobie: ta dziewczyna jest niezła – wspomina Paulina – ma wysokie ambicje, wybrała kierunek studiów, który do łatwych nie należy. Napisałam do niej e-mail. Bardzo szybko odpisała proponując spotkanie w „realu”. – Poznałyśmy się we wrześniu 2009 roku – mówi Monika. Wystarczyło kilka spotkań, żebym wiedziała, że z tego będzie coś więcej niż zwykłe relacje koleżeńskie. I się nie pomyliłam. Paulina jednak była bardziej ostrożna. – Bo z reguły jestem ostrożna przy zawieraniu nowych znajomości – kwituje Paulina. Zresztą myślałam, że skończy się to na jednym spotkaniu. Ku mojemu zdziwieniu polubiłam Monikę od razu i bardzo szybko się zaprzyjaźniłyśmy. – Przeżyłyśmy tyle, że głowa mała – dodaje Monika. Rzeczywiście, dziewczyny od dwóch lat razem spędzają wiele czasu. Razem z przyjaciółmi wyjeżdżają w góry, świętują Sylwestra.

Paulina przygotowała dla Moniki prezentację, z którą pojechała na wybory Miss Deaf World w Gruzji. Niestety, pech chciał, że podczas gali, nie udało się odtworzyć płyty. Zawiodła technika. – Przeżyłam to mocno – mówi Monika – ale tylko dlatego, że nie dostałam takiej samej szansy jak pozostałe uczestniczki. Niestety, nie miałam możliwości pokazania innym mojej pasji, miłości do łyżew. Monikę do udziału w Wyborach Miss skłonił wewnętrzny impuls, chęć zrobienia czegoś nowego, przeżycia przygody. O wyjeździe na konkurs nie powiedziała rodzicom. Bała się, że jeśli nie zdobędzie tytułu, to będzie to dla niej porażka, a nimi nie lubi się dzielić. Na wybory do Poznania pojechała sama, mówiąc, że wybiera się na konferencję. Wróciła z tytułem I v-ce Miss ONSI.

Dzięki swojej determinacji Monikę poznała cała Polska. Kiedy na początku roku zaproponowano jej, by pojechała do Orlando na wybory Miss Deaf International, nie wahała się długo. – To była dla mnie wielka przygoda, coś co sprawia, że życie jest piękniejsze, bardziej kolorowe. Z życia trzeba korzystać jak najwięcej – mówi – Dostałam taką szansę i z niej skorzystałam. Nauczyło mnie to pewności siebie, wiary we własne możliwości, tego, że jeśli czegoś się pragnie- można tego dokonać.

Kobiety sukcesu
A Monika i Paulina dokonały naprawdę wiele. Monika kończy prawo na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, jest na drugim roku pedagogiki. Jej pasją jest nie tylko łyżwiarstwo i modeling. Uwielbia pływanie, które trenuje zawodowo, podróże, a ostatnio pokochała snowboard. Uwielbia też swoją rodzinę i paczkę przyjaciół. To wśród nich czuje się najpewniej, najbezpieczniej.

Wśród nich jest Paulina. W czerwcu skończyła psychologię na Uniwersytecie Marii Skłodowskiej Curie. Obroniła ponad 150 stronicową pracę magisterską, która w przyszłości doczeka się publikacji. Od trzech lat prowadzi blog, na którym dzieli się swoim doświadczeniem i przeżyciami. Swoją przyszłość zawodową chce poświęcić osobom podobnym sobie. W związku z tym przechodzi dodatkowe praktyki, uczestniczy w wykładach i szkoleniach. Mówi o sobie, że przynależy do dwóch światów: niesłyszących i słyszących. Jednak mentalnie czuje się słysząca.

Dziewczyny łączy jeszcze jedno - obie są szczęśliwe w związkach ze słyszącymi partnerami. – Męża poznałam dzięki mojemu przyjacielowi – wspomina Paulina. Jak się okazało, był we mnie zakochany już od dawna, tylko zabrakło mu odwagi, aby zrobić pierwszy krok. Od początku wiedział o mojej wadzie słuchu. Nie bałam się takiego związku. Wiedziałam, że w chcę w nim trwać. Być może wynika to z tego, że wychowałam się wśród osób słyszących i w takim środowisku dobrze funkcjonuję. Dziś wraz z mężem wychowują 1,5 miesięczną córeczkę, Wiktorię. – Nie bałam się, że mała będzie miała wadę słuchu - dodaje. U mnie nie jest ona wynikiem wady genetycznej, lecz choroby mojej mamy i leków, jakie podano mi po urodzeniu. Tak więc córka była całkowicie bezpieczna.

- Ja swojego narzeczonego poznałam przez Internet – mówi Monika. Przez dwa, trzy miesiące pisaliśmy do siebie. Później zaczęliśmy się spotykać i tak się zaprzyjaźniliśmy. Łączyło nas bardzo dużo. W trakcie jednej z rozmów wyznałam, ze mam wadę słuchu. Odparł, że mu to nie przeszkadza. Mimo to ogromnie się bałam. Nie wierzyłam, że może mnie spotkać „normalna miłość”. Myślałam, że skoro osiągnęłam już tyle, to nie mam prawa od życia wymagać, bym spotkała kogoś z kim będę chciała później dzielić życie. Bałam się, że jak ofiaruję mu swoje uczucia, że odejdzie, zostawi mnie i odrzuci. Ale jego nieugięta postawa, cierpliwość przetrwała wszystko, rozwiała moje lęki. Na każdym kroku pokazywał mi jak bardzo mnie kocha i szanuje. Jest naprawdę wyrozumiałym i mądrym mężczyzną.

Dziewczyny zgodnie przyznają, że nie zawsze były pogodzone z tym, że nie słyszą. – Niejednokrotnie pytałam siebie: dlaczego mnie to spotkało? Dlaczego akurat ja mam wadę słuchu – pisze na swoim blogu Paulina. – Potem przyszedł czas na pytanie: po co mi to było dane? Do czego powinnam dążyć? Chcę być żywym przykładem dla innych niesłyszących, że dążenie do wyznaczonego celu, okupionego niekiedy dodatkowymi trudnościami i cierpieniami bywa wielce satysfakcjonujące. Dlatego chętnie biorę udział w wykładach na temat rehabilitacji, opowiadam słuchaczom moją historię, pokazując jednocześnie, że ciężka i wieloletnia praca może przynieść niebywale efekty. Dlatego studiowałam psychologię. Dlatego piszę blog, aby uświadomić jak największej liczbie osób jacy my naprawdę jesteśmy. – Gdyby nie to, że jestem niesłysząca, byłabym zapewne innym człowiekiem – mówi Monika. – Nie byłabym tym, kim jestem teraz. Jednak to wymaga ogromnej pracy nad sobą, nad zaakceptowaniem siebie - takiego, jakim się jest.

Więcej o Paulinie i Monice:
http://duet-cichodzwiekow.blog.onet.pl/
http://www.monikaszymanek.com/

Reportaż ten powstał dla Kampanii Społecznej "Usłyszeć świat - usłysz wszystkie odcienie dźwięków" i ukaże się na początku listopada w ogólnopolskiej gazecie "Usłyszeć świat"

środa, 21 lipca 2010

Odważny obłąkaniec

Poszukiwany Józef P., lat 34, wzrost 2 arszyny, 7 3/4 werszków, włosy ciemny blond, bokobrody i wąsy jasny blond, rzadkie, brwi ciemny blond zrośnięte, oczy szare, nos i usta średnie, okrągły podbródek, twarz gładka, na dolnej części małżowiny usznej prawego ucha znamię wielkości główki od szpilki.

Jest mroźna lutowa noc 1900 roku. Do łódzkiego mieszkania młodych małżonków Piłsudskich wpadają oddziały rosyjskiej policji. Oto znajdują się w samym centrum poszukiwanej od blisko 6 lat redakcji i drukarni niewygodnego carskim władzom „Robotnika”. Przez wiele lat Piłsudskiemu udawało się uciec, skutecznie pozostając przed rosyjskimi organami ścigania bezimiennym. Tym razem coś poszło nie tak. Drukarnia została skonfiskowana, a Maria i Józef Piłsudscy aresztowani.

Niebezpiecznego redaktora przewieziono do Cytadeli Aleksandrowskiej na warszawskim Żoliborzu, twierdzy, z której nie było możliwości wyjścia. Za zbrodnię, jakiej się dopuścił względem carskiej Rosji, groziło mu 10 lat więzienia albo 8 lat morderczej katorgi. Nic dziwnego, że pozostali współpracownicy obawiali się o Piłsudskiego i w wielkiej konspiracji zaczęli powoli opracowywać misterny plan wydostania ważnego działacza z rąk nieprzyjaciela.

Najpierw trzeba było wyciągnąć więźnia poza mury X Pawilonu. Skuteczne doprowadzenie planu do końca było niezwykle niebezpieczne i graniczyło z cudem. Mimo to znalazła się grupa odważnych działaczy gotowych poświęcić wszystko dla uratowania Piłsudskiego. Dr Rafał Radziwiłłowicz, psychiatra, pisał mu instrukcje, jak ma udawać psychicznie chorego. Następnie zapisane wskazówki przedostawały się za mury Cytadeli i przekazywane z rąk do rąk - nierzadko za łapówki - trafiały do adresata. Determinacja i odwaga Piłsudskiego sprawiały, że nawet jeśli ktokolwiek orientował się w tej mistyfikacji, milczał, stając się jednocześnie sprzymierzeńcem.

Skrajna psychoza
Powołane rosyjskie konsylium lekarskie stwierdza jednoznacznie: psychologis hallucynatoria acuta, idiosynkrezja, m.in. chroniczny wstręt do munduru policyjnego objawiający się nie przyjmowaniem niczego z rąk żandarmów, także jedzenia. Stan więźnia okazał się groźny i dalece nieodpowiedzialne byłoby dalsze przetrzymywanie go w X Pawilonie. Rozwiązanie było jedno: trzeba umieścić chorego w szpitalu psychiatrycznym. Na miejsce leczenia - zapewne z racji bezpieczeństwa i możliwości kontroli - wybrano lecznicę im. św. Mikołaja Cudotwórcy w Petersburgu.

Teraz nadchodzi moment realizacji drugiej części planu. Jest 14 maja 1901 roku. Po szpitalnych korytarzach przechadza się dwóch wytwornie ubranych mężczyzn. Mijają kolejne drzwi bez klamek, radośnie rozmawiają, pozdrawiając mijanych strażników. Owymi dżentelmenami okazują się być nikt inny jak Józef Piłsudski i jego lekarz Władysław Mazurkiewicz. Przed bramą na obydwu panów czeka bryczka. Strażnicy odprowadzają szacownych jegomości i żegnają. Stangret strzela z bata i bryczka szybko rusza kierując się w stronę petersburskiego dworca. Tam wsiadają w pociąg i poprzez Talin i Rygę docierają na Polesie, do konspiracyjnej kryjówki w majątku Lewandowskich koło Żytkowic. Stamtąd wyruszają w dalszą drogę, tym razem kierując się na południowy – wschód. Docierają do Kijowa, gdzie Piłsudski niemalże natychmiast zasiada do redakcji 39 numeru „Robotnika”.

Siatka konspiracyjna
Na pozór łatwa akcja wymagała skomplikowanej siatki współpracowników i czasochłonnych przygotowań. Człowiekiem, który cały ten scenariusz wymyślił i na każdym etapie go realizował był Howzan Mirza vel Aleksander Sulkiewicz. Z jego inicjatywy Władysław Mazurkiewicz specjalnie zatrudnił się w szpitalu im. Mikołaja Cudotwórcy, chociaż marzyła mu się posada stażysty na łódzkim oddziale chorób wenerycznych i skórnych. To Sulkiewicz obydwu dżentelmenom dostarczył eleganckie garnitury, zatroszczył się o bilety do Talina oraz Rygi. W konspiracyjnym działaniu Piłsudski i Sulkiewicz byli sobie bliscy. Dla pierwszego Sulkiewicz był Michałem, Tatarem albo Kizią, dla drugiego zaś Piłsudski to Wiktor, Mścisław lub zwyczajnie Ziuk.

Wieczór ucieczki przyniósł wiele niespodzianek, Najpierw ubranie, które okazało się za duże i nie kryło dostatecznie tożsamości uciekiniera. Miesiące udawania chorego odbiły się na wyglądzie Piłsudskiego: nieogolony i z bujną czupryną budził bardziej lęk niż zaufanie. Jednak założony na głowę cylinder czynił go wytwornym i - co najważniejsze - nierozpoznawalnym. Kiedy wychodzą ze szpitala i dostają się na podwórze pełne odpoczywających pracowników, decydują się udać w kierunku bramy tak, by nie budzić niczyich podejrzeń. W pierwotnym zamyśle mieli spod murów szpitala przedostać się do przylegającej doń rzeki, gdzie w przycumowanej łódce oczekiwali ich Sulkiewicz i Dziemidowicz. Tymczasem przed bramą uciekinierzy wsiadają w podstawioną dorożkę i kierują się na ulicę Morską. Jak się okazuje, bryczka jest kolejnym posunięciem konspiracyjnym. Zanim wsiądą w pociąg wywożący ich jak najdalej od rosyjskich władz, zatrzymają się w mieszkaniu sprzymierzonego Czarnockiego. Tam spotykają się z Sulkiewiczem i Dziemidowiczem, by wspólnie już kontynuować dalszą podróż.

Wpis dedykuję Demonowi za motywację...

poniedziałek, 8 marca 2010

Edziu cz. 4

Życie toczy się dalej.

- Godzę się z tym, że kto się narodził, odejść musi. Nie ma jednak dnia, żebym za nim nie tęskniła. Brakuje mi go. Są dzieci i wnuki, ale one mają swoje życie. Moje zaś było nierozerwalnie złączone z Edwardem. Zawsze mieliśmy o czym porozmawiać. Teraz, kiedy go nie ma, wracam do domu i czuję pustkę. Brak tego człowieka, z którym przeżyliśmy wspólnie 46 lat. Wiem, że Pan Bóg zabrał go, bo był już Mu tam potrzebny, że jego misja tu na ziemi dobiegła końca. Ale w duchu myślę sobie, że mógłby jeszcze trochę ze mną pożyć. Nie umiem pogodzić się z tym, że męża już nie ma. Modlę się codziennie przepraszając Boga, bo być może za dużo od Niego wymagam. Syn i córka powtarzają mi, że tato odszedł nie cierpiąc, ale ja wierzę, że to Pan Bóg dał mu taką spokojną śmierć, że kochał Edwarda w taki sposób, że nie pozwolił mu odczuwać bólu.

Przychodzę tu codziennie, na samym początku nawet kilka razy dziennie. W sercu mam, że muszę go odwiedzić, że muszę tu przyjść, spotkać się z nim tutaj. Modlę się, a potem opowiadam, co się dzieje w Łęczycy. Robię porządek, wymieniam kwiaty, zapalam znicz, zawsze musi się palić znicz, a potem pukam mu w tablicę mówiąc: „Z Bogiem Edziu” i idę, by jutro móc przyjść z powrotem. I tak jest codziennie. Codziennie. I tak już dziewiąty rok.

Tym, co daje mi siłę, jest rodzina. Po pogrzebie wielu przyjaciół mówiło mi, że muszę się wziąć w garść, bo mam dla kogo żyć, że potrzebują mnie dzieci i wnuki.

Drugim domem stał się dla mnie Kościół. W nim znajduje pociechę i ukojenie. Wiem, że Pan Bóg zabierając mi Edzia nie zostawił mnie samej. Dał mi modlitwę i Eucharystię, one mi pomagają przezwyciężyć smutek. Dziś z perspektywy tych prawie siedmiu lat widzę, że jego odejście przeżywam inaczej, bardziej spokojnie. Płaczę mniej, częściej się uśmiecham. Jednak nadal w sercu mam żal, że zostawił mnie samą, że muszę się z tym sama borykać. Zawsze mówił mi, że będzie się o mnie troszczył; rok wcześniej powiedział mojemu synowi: „Dariusz, ja w tym roku umrę, pamiętaj, żeby mamusia nie została sama”. Czasem mi się przyśni, ale jest inny, nierzeczywisty, przychodzi w snach zawsze wtedy, kiedy na cmentarzu coś się dzieje.

Kobieta kończy, lekko wyswobadza swoją rękę z mojej, wstaje i po raz ostatni sprawdza, czy wszystko jest w porządku, czy kwiaty równo stoją, czy palą się wszystkie znicze. Podchodzi do płyty, stuka w tablicę i cichutko szepce: „Z Bogiem Edziu, do jutra”. Odwraca się do mnie, na jej twarzy pojawia się uśmiech i żegnając się mówi: – Już nie mogę się doczekać, kiedy się z nim spotkam i wiem, że on mnie tam już wypatruje...