Z przewlekłą chorobą czy upośledzeniem można żyć normalnie, wystarczy tylko nauczyć się, a czasem i polubić to co nas ogranicza. To, z czym nie można żyć normalnie to przepisy i biurokracja, które niekiedy utrudniają zwyczajne życie niepełnosprawnym.
Niemal każdy niepełnosprawny w swoim życiu stanął przed komisją, która miała uznać go za osobę niepełnosprawną. W Polsce w procesie orzekania o niepełnosprawności rozróżnia się dwa rodzaje orzeczenia. Pierwsze wystawiane przez lokalne ośrodki do spraw orzekania o niepełnosprawności. W tym wypadku szczególną granicę wyznacza 16 rok życia. Do tego wieku u dziecka stwierdza się sam fakt posiadania niepełnosprawności bez konieczności określania jego stopnia. Po przekroczeniu przez dziecko 16 roku życia komisja orzekająca określa dodatkowo stopień upośledzenia: lekki, umiarkowany lub ciężki. Poprzedzać to powinna dogłębna analiza zebranej dokumentacji medycznej, następnie konsultacja lekarska, przeprowadzona przez specjalistę, a na końcu wywiad środowiskowy. Na tej podstawie weryfikuje się historię choroby pacjenta, a także określa się jego przystosowanie do prowadzenia samodzielnego życia.
W myśl obowiązującego w Polsce prawa takie orzeczenie nie kwalifikuje osoby niepełnosprawnej do ubiegania się o rentę. Ma ono jedynie na celu formalne potwierdzenie posiadania statusu osoby niepełnosprawnej. By móc uzyskać świadczenia rentowe trzeba stanąć przed kolejną komisją powołaną przez zespół lekarzy orzeczników Zakładów Ubezpieczeń Społecznych, by uzyskać drugi rodzaj orzeczenia. Do 2003 roku o przyznaniu renty socjalnej decydowały lokalne organy do spraw orzecznictwa. Od 1 października 2003 roku organem wydającym decyzje o prawie do pobierania renty socjalnej jest ZUS a w szczególnych wypadkach inne organy emerytalno-rentowe, np. KRUS.
Sprawna czy nie?
Mając lat 26 przed komisją decydującą czy uznać mnie za osobę niepełnosprawną stawałam czterokrotnie, trzykrotnie w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej i raz w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych. Każdy kto choć raz był w podobnej sytuacji wie, że nie należy ona do przyjemnych. Trzeba zadbać by wszystkie dokumenty, zaświadczenia i orzeczenia lekarskie trafiły bezpośrednio do osoby decydującej o tym czy słusznie określamy się mianem osoby niepełnosprawnej.
Ubiegając się o nadanie nam statusu niepełnosprawnego i przyznaniu nam stopnia upośledzenia należy przejść kilka etapów: wizyta u lekarza orzecznika, konsultacja specjalistyczna i wywiad środowiskowy. Tak przynajmniej wygląda to w założeniu. W rzeczywistości lekarzem orzecznikiem jest zazwyczaj internista, który według własnego uznania kieruje na konsultacje u specjalisty. W moim przypadku stwierdzenie niepełnosprawności dotyczyło wzroku i ruchu, i o ile za każdym razem konsultował mnie okulista, o tyle swojej opinii nigdy nie wyraził lekarz ortopeda. Do przyznania mi niepełnosprawności ruchowej wystarczyła jedynie dołączona dokumentacja medyczna.
Osobnym, wartym zauważenia tematem jest wywiad środowiskowy, przeprowadzany przez lokalnego pracownika socjalnego. Jego celem jest określenie poziomu wykształcenia osoby ubiegającej się o status niepełnosprawnego i posiadanych przez niego kwalifikacji, a ponad to ocena warunków socjalnych, które mogą wpływać na stopień uczestnictwa w życiu społecznym oraz możliwości samodzielnej poprawy egzystencji osoby zainteresowanej. W praktyce wygląda to tak, że pracownik socjalny zadaje pytania o warunki mieszkaniowe, czy posiada się samodzielny pokój, czy też może współdzieli się go z innym członkiem rodziny, pojawia się również pytanie czy posiada się własne łóżko. Pytano mnie również o to w jakich sytuacjach potrzebuje pomocy innych osób, a w których potrafię radzić sobie sama.
Nie ma w tym nic dziwnego. Z tym, że czasem zdarzają się sytuacje, kiedy do pokoju, w którym przeprowadzany jest wywiad wchodzą osoby trzecie albo co gorsza jest on przeprowadzany w warunkach, gdzie całą rozmowę słyszą oczekujący za drzwiami inni zainteresowani. Poza tym, gdzieś wewnętrznie ma się świadomość tego, że jedno pytanie, na które udzieli się nieprawidłowej, według przyjętego schematu, odpowiedzi, może zadecydować jaki stopień niepełnosprawności zostanie przyznany. Czasami zdarzają się i sytuacje zaskakujące, mieszczące się niekiedy na granicy absurdu. Podczas mojej ostatniej komisji w MOPSie pracownik socjalny nie pytał mnie o to jak mi się żyje, ale o warunki wynajmu mieszkania w dużym mieście, bo akurat córka rozpoczynała tam studia.
Prawo do renty
Zupełnie inaczej rzecz ma się z orzekaniem o niepełnosprawności, które kwalifikować nas będzie do pobierania świadczeń rentowych. Po uzyskaniu pełnoletniości przysługiwała mi renta socjalna, którą wypłacał mi lokalny Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej. Kiedy w drugiej połowie 2003 roku zmieniły się przepisy i wypłacanie rent przejął ZUS otrzymałam jedynie pismo informujące mnie o tym, że teraz inny organ będzie zajmował się tymi świadczeniami. Bezpośrednio nie odczułam tych zmian, a pieniądze dalej regularnie mi wypłacano. W 2005 roku otrzymałam pismo, w którym wzywano mnie do stawienia się na komisję lekarską celem weryfikacji mojej niepełnosprawności i podjęcia decyzji o dalszym wypłacaniu mi świadczeń rentowych. Jednocześnie poinformowano mnie, że zostanie mi wstrzymane wypłacanie renty. Co też uczyniono… z dnia na dzień.
Komisja w ZUSie wygląda zupełnie inaczej. Mimo że mieszkam w innym miejscu, to odbywała się ona w stolicy województwa, gdzie jestem zameldowana. Musiałam zgłosić się dwukrotnie. Podczas pierwszej wizyty trafiłam na wyjątkowo nieuprzejmą panią doktor, która podczas badania próbowała udowodnić mi, że symuluję wadę wzroku i tak naprawdę widzę prawidłowo. Po opuszczeniu gabinetu czułam się jak symulant, który bezprawnie żąda od Państwa pomocy finansowej. Byłam załamana. Na kolejną wizytę, pojechałam bez większych nadziei. Wizyta u lekarza orzecznika: 10 rano. Pech chciał, że pociąg, którym jechałam miał opóźnienie blisko 2 godziny. Wpadłam zdyszana i spóźniona o 40 minut. Początkowo pani doktor nie chciała mnie przyjąć, argumentując, że skoro się spóźniłam najwyraźniej mi nie zależy. Dopiero po usilnych tłumaczeniach, że wstałam bladym świtem i jechałam pociągiem blisko 8 godzin i, że jego opóźnienie nie było ode mnie zależne pozwoliła mi wejść do gabinetu i przeprowadziła badanie. Do dziś nie wiem jak to się stało, ale na decyzji, jaką mi wręczyła było napisane że przyznają mi na trwałe niepełnosprawność, a co za tym idzie dożywotnio będzie mi przysługiwać renta socjalna. Wychodząc z gabinetu pani doktor jeszcze z uśmiechem na ustach powiedziała mi : Miała pani szczęście. Od jutra wchodzą nowe przepisy, które nie pozwoliły by na przyznanie pani trwałej niepełnosprawności.
Z orzeczeniem w ręku
Wydawać by się mogło, że mając w ręce dokument stwierdzający niepełnosprawność świat stoi otworem. Często mówi się, że niepełnosprawni mają lepiej, że łatwiej im niż osobom pełnosprawnym, bo Państwo dba o nich w sposób szczególny, tworząc całe zaplecze ulg i przywilejów. Większość niepełnosprawnych nie chwali się tym, że uznano je za niepełnosprawne, po niektórych nawet nie widać ich upośledzenia. Chcą żyć normalnie, być traktowani na równi z innymi. Korzystanie z ulg i przywilejów wiąże się z tym, że nierzadko leczenie pochłania znaczne zasoby pieniężne, a darmowy czy ulgowy bilet jest szansą na podreperowanie finansów.
Mimo, że wiele miejsc w Polsce nie jest jeszcze przystosowanych do potrzeb osób niepełnosprawnych, brak podjazdów dla wózków, pętli indukcyjnych dla osób z niedosłuchem, specjalnych linii dla słabo widzących, to jednak w coraz większej ilości miejsc orzeczenie o niepełnosprawności upoważnia do skorzystania z ulg czy przywilejów. Jednak zdarzają się momenty, kiedy nieznajomość obowiązujących przepisów doprowadza do stresujących sytuacji, kiedy jest się posądzanym o symulowanie, albo co gorsza publicznie kwestionuje się niepełnosprawność.
Jako, że często podróżuję, takie sytuacje zdarzają mi się w pociągu. Średnio około 4-5 razy w roku załoga konduktorska podważa moje prawo do korzystania z ulgowych przejazdów. Zazwyczaj argumentują nieważnością dokumentu i tym, że w ich firmie obowiązują wewnętrznie określone przepisy. Tłumaczą, uzasadniają, powołują się na odpowiednie punkty regulaminu, zawsze w obecności innych pasażerów. Jest to wyjątkowo krępujące. Nagle oczy wszystkich wokół zwracają się w moją stronę i wnikliwie obserwują. Jeśli dodatkowo konduktor analizując orzeczenie dochodzi do wniosku, że nie możliwe jest, abym była niepełnosprawna, sytuacja nie jest już niewygodna, lecz wręcz upokarzająca. W konsekwencji pozostaje przyjąć nowy, cały bilet, a niekiedy i mandat za bezprawne korzystanie z ulg, po to, by zaraz wysłać odwołanie. Zawsze przychodzi odpowiedź pozytywna, a w niej zwrot poniesionych kosztów i przeprosiny. Tyle, że nie o przeprosiny chodzi, ani nawet wyciągnięcie konsekwencji wobec odpowiedzialnych osób, lecz o właściwe przeszkolenie pracowników, aby do takich sytuacji nie dochodziło.
Urszula, lat 26, mieszka w Krakowie, gdzie ukończyła dwa kierunki studiów i pracuje. Od urodzenia nie widzi na jedno oko, a na drugie niedowidzi. Przeszła też kilka skomplikowanych operacji prawej nogi. Jest niepełnosprawna od urodzenia. Po 16 roku życia orzeczono u niej niepełnosprawność w stopniu umiarkowanym, a ZUS zakwalifikował ją jako osobę całkowicie niezdolną do pracy. Obydwa dokumenty stwierdzają jej niepełnosprawność na stale.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieta. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 7 listopada 2011
poniedziałek, 8 marca 2010
Edziu cz. 4
Życie toczy się dalej.
- Godzę się z tym, że kto się narodził, odejść musi. Nie ma jednak dnia, żebym za nim nie tęskniła. Brakuje mi go. Są dzieci i wnuki, ale one mają swoje życie. Moje zaś było nierozerwalnie złączone z Edwardem. Zawsze mieliśmy o czym porozmawiać. Teraz, kiedy go nie ma, wracam do domu i czuję pustkę. Brak tego człowieka, z którym przeżyliśmy wspólnie 46 lat. Wiem, że Pan Bóg zabrał go, bo był już Mu tam potrzebny, że jego misja tu na ziemi dobiegła końca. Ale w duchu myślę sobie, że mógłby jeszcze trochę ze mną pożyć. Nie umiem pogodzić się z tym, że męża już nie ma. Modlę się codziennie przepraszając Boga, bo być może za dużo od Niego wymagam. Syn i córka powtarzają mi, że tato odszedł nie cierpiąc, ale ja wierzę, że to Pan Bóg dał mu taką spokojną śmierć, że kochał Edwarda w taki sposób, że nie pozwolił mu odczuwać bólu.
Przychodzę tu codziennie, na samym początku nawet kilka razy dziennie. W sercu mam, że muszę go odwiedzić, że muszę tu przyjść, spotkać się z nim tutaj. Modlę się, a potem opowiadam, co się dzieje w Łęczycy. Robię porządek, wymieniam kwiaty, zapalam znicz, zawsze musi się palić znicz, a potem pukam mu w tablicę mówiąc: „Z Bogiem Edziu” i idę, by jutro móc przyjść z powrotem. I tak jest codziennie. Codziennie. I tak już dziewiąty rok.
Tym, co daje mi siłę, jest rodzina. Po pogrzebie wielu przyjaciół mówiło mi, że muszę się wziąć w garść, bo mam dla kogo żyć, że potrzebują mnie dzieci i wnuki.
Drugim domem stał się dla mnie Kościół. W nim znajduje pociechę i ukojenie. Wiem, że Pan Bóg zabierając mi Edzia nie zostawił mnie samej. Dał mi modlitwę i Eucharystię, one mi pomagają przezwyciężyć smutek. Dziś z perspektywy tych prawie siedmiu lat widzę, że jego odejście przeżywam inaczej, bardziej spokojnie. Płaczę mniej, częściej się uśmiecham. Jednak nadal w sercu mam żal, że zostawił mnie samą, że muszę się z tym sama borykać. Zawsze mówił mi, że będzie się o mnie troszczył; rok wcześniej powiedział mojemu synowi: „Dariusz, ja w tym roku umrę, pamiętaj, żeby mamusia nie została sama”. Czasem mi się przyśni, ale jest inny, nierzeczywisty, przychodzi w snach zawsze wtedy, kiedy na cmentarzu coś się dzieje.
Kobieta kończy, lekko wyswobadza swoją rękę z mojej, wstaje i po raz ostatni sprawdza, czy wszystko jest w porządku, czy kwiaty równo stoją, czy palą się wszystkie znicze. Podchodzi do płyty, stuka w tablicę i cichutko szepce: „Z Bogiem Edziu, do jutra”. Odwraca się do mnie, na jej twarzy pojawia się uśmiech i żegnając się mówi: – Już nie mogę się doczekać, kiedy się z nim spotkam i wiem, że on mnie tam już wypatruje...
- Godzę się z tym, że kto się narodził, odejść musi. Nie ma jednak dnia, żebym za nim nie tęskniła. Brakuje mi go. Są dzieci i wnuki, ale one mają swoje życie. Moje zaś było nierozerwalnie złączone z Edwardem. Zawsze mieliśmy o czym porozmawiać. Teraz, kiedy go nie ma, wracam do domu i czuję pustkę. Brak tego człowieka, z którym przeżyliśmy wspólnie 46 lat. Wiem, że Pan Bóg zabrał go, bo był już Mu tam potrzebny, że jego misja tu na ziemi dobiegła końca. Ale w duchu myślę sobie, że mógłby jeszcze trochę ze mną pożyć. Nie umiem pogodzić się z tym, że męża już nie ma. Modlę się codziennie przepraszając Boga, bo być może za dużo od Niego wymagam. Syn i córka powtarzają mi, że tato odszedł nie cierpiąc, ale ja wierzę, że to Pan Bóg dał mu taką spokojną śmierć, że kochał Edwarda w taki sposób, że nie pozwolił mu odczuwać bólu.
Przychodzę tu codziennie, na samym początku nawet kilka razy dziennie. W sercu mam, że muszę go odwiedzić, że muszę tu przyjść, spotkać się z nim tutaj. Modlę się, a potem opowiadam, co się dzieje w Łęczycy. Robię porządek, wymieniam kwiaty, zapalam znicz, zawsze musi się palić znicz, a potem pukam mu w tablicę mówiąc: „Z Bogiem Edziu” i idę, by jutro móc przyjść z powrotem. I tak jest codziennie. Codziennie. I tak już dziewiąty rok.
Tym, co daje mi siłę, jest rodzina. Po pogrzebie wielu przyjaciół mówiło mi, że muszę się wziąć w garść, bo mam dla kogo żyć, że potrzebują mnie dzieci i wnuki.
Drugim domem stał się dla mnie Kościół. W nim znajduje pociechę i ukojenie. Wiem, że Pan Bóg zabierając mi Edzia nie zostawił mnie samej. Dał mi modlitwę i Eucharystię, one mi pomagają przezwyciężyć smutek. Dziś z perspektywy tych prawie siedmiu lat widzę, że jego odejście przeżywam inaczej, bardziej spokojnie. Płaczę mniej, częściej się uśmiecham. Jednak nadal w sercu mam żal, że zostawił mnie samą, że muszę się z tym sama borykać. Zawsze mówił mi, że będzie się o mnie troszczył; rok wcześniej powiedział mojemu synowi: „Dariusz, ja w tym roku umrę, pamiętaj, żeby mamusia nie została sama”. Czasem mi się przyśni, ale jest inny, nierzeczywisty, przychodzi w snach zawsze wtedy, kiedy na cmentarzu coś się dzieje.
Kobieta kończy, lekko wyswobadza swoją rękę z mojej, wstaje i po raz ostatni sprawdza, czy wszystko jest w porządku, czy kwiaty równo stoją, czy palą się wszystkie znicze. Podchodzi do płyty, stuka w tablicę i cichutko szepce: „Z Bogiem Edziu, do jutra”. Odwraca się do mnie, na jej twarzy pojawia się uśmiech i żegnając się mówi: – Już nie mogę się doczekać, kiedy się z nim spotkam i wiem, że on mnie tam już wypatruje...
niedziela, 7 marca 2010
Edziu cz. 3
Pożegnanie
Kobieta poprawia w wazonie kwiaty. Dziwię się - przecież jest dopiero początek lutego, a w wazonie stoi dość duży bukiet świeżych, białych koreanek. Po chwili wyjmuje z torebki kawałek granatowej podkoszulki i starannie ściera to, co osypało się z misternie ułożonej kompozycji.
- On zawsze kochał świeże kwiaty. Na naszej działce w każdym roku rośnie ich całe mnóstwo. Kiedy tylko zaczynają kwitnąć, ucinam ich trochę i przynoszę tutaj. Teraz jest jeszcze za zimno, więc te kupuję w pobliskiej kwiaciarni. Myślę, że mu się podobają.
Schowawszy szmatkę z powrotem do torebki, siada ponownie na ławeczce. Podciąga bardziej pod szyję szalik, naciąga na powykrzywiane, intensywnie opalone od całorocznej pracy na działce i cmentarzu ręce grube rękawiczki. Na twarzy ponownie pojawia się nostalgia i zamyślenie, a oczy stają się nieobecne, jakby znajdowała się w innym świecie.
- W ostatnim tygodniu jego ciało powoli się ochładzało. Robiłam mu kąpiele w gorącej wodzie, ale przynosiło to tylko kilkuminutową zmianę. Edziu bardzo kasłał, więc córka zadzwoniła po lekarza. Przyjechał we wtorek i stwierdził zapalenie oskrzeli, przepisał antybiotyk i powiedział, że mąż szybko wydobrzeje. Lekarstwa nie przyniosły żadnego efektu. Kilka dni wcześniej, w niedzielę pojechaliśmy na wieś do rodziny. Z Edwardem została wnuczka. Kiedy wróciliśmy, powiedziała, że na chwilę stracił przytomność, przestał oddychać i dopiero po kilku minutach wróciła mu świadomość. Byłam przerażona, kiedy następnego dnia powtórzyła się taka sama sytuacja. Usłyszałam ciche chrapnięcie, a potem nic, żadnego odgłosu więcej. Szarpałam, go i krzyczałam „Edziu! Edziu!”. Po jakimś czasie otworzył oczy i popatrzył na mnie nieprzytomnym wzrokiem. Spytałam, czy coś się stało, czy gorzej się poczuł, ale on nic nie odpowiedział, tylko nadal patrzył na mnie tymi swoimi nieobecnymi, zdziwionymi, jakby przestraszonymi oczyma.
W nocy ze środy na czwartek, parę minut po pierwszej wstał i poszedł do drugiego pokoju. Wstałam zaraz za nim, wzięłam ze sobą poduszkę i kołdrę, żeby go przykryć. Położył się na złożonej wersalce i nic nie powiedział. Okryłam go, upewniłam, żeby mu było ciepło i usiadłam obok. Popatrzył na mnie i miałam wrażenie, że od niepamiętnych czasów ma pełną świadomość tego, gdzie się znajduje. Wysunął rękę spod kołdry i przez kilka minut czule gładził mnie po policzku. Potem powiedział: „Idź, Teresko, połóż się, wyśpij trochę, ja tu sobie poleżę i zaraz do ciebie wrócę”. Posłuchałam go. Byłam bardzo zmęczona, od dawna czuwałam w nocy, żeby móc mu pomóc, kiedy tylko tego potrzebował. Pocałowałam go w czoło i poszłam pokoju. Dopóki Pan Bóg mi snu nie dał, modliłam się jeszcze za niego.
Przerwała swą opowieść tym razem na dłuższą chwilę. Widziałam jak w jej gardle uwięzły łzy. Chwyciłam ją za rękę, a ona mocno ją ścisnęła, jakby chciała mnie zatrzymać bojąc się, że mogłabym odejść. Bardzo potrzebowała kogoś siedzącego obok. Nie wypuszczając z uścisku jej dłoni, drugą ręką podałam jej kolejną chusteczkę, by mogła wytrzeć spływające jej z oczu wielkie krople słonych łez.
- Gdy się obudziłam, nie słyszałam nic więcej prócz przeszywającej, głuchej ciszy. Wpadłam jak szalona do pokoju, zapalając po drodze wszystkie światła. Dobiegłam do niego i upadłam na kolana, potrząsając jego ramionami. Krzyczałam, ale Edzia już nie było. Po dłuższej chwili wstałam i chwiejnym krokiem udałam się w stronę telefonu, aby zadzwonić do dzieci. Moje palce nie były w stanie wystukać numeru do żadnego z nich. Po kilku nieudanych próbach wreszcie odebrała Jadzia. Była godzina 4.40. Nie uwierzyła mi. Kiedy zapewniłam, że się nie mylę, odłożyła słuchawkę. Najwyżej po 10 minutach przyjechała wraz z dziećmi. Cała trójka klęczała przy Edwardzie nic nie mówiąc, a ja stałam z boku i próbowałam ogarnąć w myślach co się wydarzyło. Chwilę później zjawił się Darek z Henią. Jadwiga zadzwoniła po pogotowie. Przyjechali i stwierdzili zgon. Jako przyczynę wpisali zaprzestanie czynności mózgu. Wspólnie ubraliśmy go w świeżo wyprane ubrania. Założyliśmy nową, białą koszulę i zaledwie parę razy założony czarny garnitur. W rękę włożyliśmy mu przeszło dwudziestoletni różaniec, z którym nigdy się nie rozstawał. Do kieszeni schowaliśmy jego medale i odznaczenia, które zdobył w różnych sytuacjach; były jego chlubą, co jakiś czas wyjmował je, czyścił i opowiadał - najczęściej wnukom - ich historię. Dla siebie zostawiliśmy tylko jeden, najmniejszy. To były jego skarby – duchowe i materialne. Nie widziałam, kiedy przyszli ludzie z zakładu pogrzebowego, żeby Edzia zabrać. Nie widziałam też, kiedy po raz ostatni opuszczał dom. Był szósty grudnia. Pogrzeb odbył się dwa dni później. Nie pamiętam co się działo później. Pierwszej nocy siedziałyśmy z córką w moim mieszkaniu, rozmawiając o Edwardzie. Następną i kolejne spędziłam już u niej. Wróciłam do domu dopiero po Nowym Roku.
Kobieta poprawia w wazonie kwiaty. Dziwię się - przecież jest dopiero początek lutego, a w wazonie stoi dość duży bukiet świeżych, białych koreanek. Po chwili wyjmuje z torebki kawałek granatowej podkoszulki i starannie ściera to, co osypało się z misternie ułożonej kompozycji.
- On zawsze kochał świeże kwiaty. Na naszej działce w każdym roku rośnie ich całe mnóstwo. Kiedy tylko zaczynają kwitnąć, ucinam ich trochę i przynoszę tutaj. Teraz jest jeszcze za zimno, więc te kupuję w pobliskiej kwiaciarni. Myślę, że mu się podobają.
Schowawszy szmatkę z powrotem do torebki, siada ponownie na ławeczce. Podciąga bardziej pod szyję szalik, naciąga na powykrzywiane, intensywnie opalone od całorocznej pracy na działce i cmentarzu ręce grube rękawiczki. Na twarzy ponownie pojawia się nostalgia i zamyślenie, a oczy stają się nieobecne, jakby znajdowała się w innym świecie.
- W ostatnim tygodniu jego ciało powoli się ochładzało. Robiłam mu kąpiele w gorącej wodzie, ale przynosiło to tylko kilkuminutową zmianę. Edziu bardzo kasłał, więc córka zadzwoniła po lekarza. Przyjechał we wtorek i stwierdził zapalenie oskrzeli, przepisał antybiotyk i powiedział, że mąż szybko wydobrzeje. Lekarstwa nie przyniosły żadnego efektu. Kilka dni wcześniej, w niedzielę pojechaliśmy na wieś do rodziny. Z Edwardem została wnuczka. Kiedy wróciliśmy, powiedziała, że na chwilę stracił przytomność, przestał oddychać i dopiero po kilku minutach wróciła mu świadomość. Byłam przerażona, kiedy następnego dnia powtórzyła się taka sama sytuacja. Usłyszałam ciche chrapnięcie, a potem nic, żadnego odgłosu więcej. Szarpałam, go i krzyczałam „Edziu! Edziu!”. Po jakimś czasie otworzył oczy i popatrzył na mnie nieprzytomnym wzrokiem. Spytałam, czy coś się stało, czy gorzej się poczuł, ale on nic nie odpowiedział, tylko nadal patrzył na mnie tymi swoimi nieobecnymi, zdziwionymi, jakby przestraszonymi oczyma.
W nocy ze środy na czwartek, parę minut po pierwszej wstał i poszedł do drugiego pokoju. Wstałam zaraz za nim, wzięłam ze sobą poduszkę i kołdrę, żeby go przykryć. Położył się na złożonej wersalce i nic nie powiedział. Okryłam go, upewniłam, żeby mu było ciepło i usiadłam obok. Popatrzył na mnie i miałam wrażenie, że od niepamiętnych czasów ma pełną świadomość tego, gdzie się znajduje. Wysunął rękę spod kołdry i przez kilka minut czule gładził mnie po policzku. Potem powiedział: „Idź, Teresko, połóż się, wyśpij trochę, ja tu sobie poleżę i zaraz do ciebie wrócę”. Posłuchałam go. Byłam bardzo zmęczona, od dawna czuwałam w nocy, żeby móc mu pomóc, kiedy tylko tego potrzebował. Pocałowałam go w czoło i poszłam pokoju. Dopóki Pan Bóg mi snu nie dał, modliłam się jeszcze za niego.
Przerwała swą opowieść tym razem na dłuższą chwilę. Widziałam jak w jej gardle uwięzły łzy. Chwyciłam ją za rękę, a ona mocno ją ścisnęła, jakby chciała mnie zatrzymać bojąc się, że mogłabym odejść. Bardzo potrzebowała kogoś siedzącego obok. Nie wypuszczając z uścisku jej dłoni, drugą ręką podałam jej kolejną chusteczkę, by mogła wytrzeć spływające jej z oczu wielkie krople słonych łez.
- Gdy się obudziłam, nie słyszałam nic więcej prócz przeszywającej, głuchej ciszy. Wpadłam jak szalona do pokoju, zapalając po drodze wszystkie światła. Dobiegłam do niego i upadłam na kolana, potrząsając jego ramionami. Krzyczałam, ale Edzia już nie było. Po dłuższej chwili wstałam i chwiejnym krokiem udałam się w stronę telefonu, aby zadzwonić do dzieci. Moje palce nie były w stanie wystukać numeru do żadnego z nich. Po kilku nieudanych próbach wreszcie odebrała Jadzia. Była godzina 4.40. Nie uwierzyła mi. Kiedy zapewniłam, że się nie mylę, odłożyła słuchawkę. Najwyżej po 10 minutach przyjechała wraz z dziećmi. Cała trójka klęczała przy Edwardzie nic nie mówiąc, a ja stałam z boku i próbowałam ogarnąć w myślach co się wydarzyło. Chwilę później zjawił się Darek z Henią. Jadwiga zadzwoniła po pogotowie. Przyjechali i stwierdzili zgon. Jako przyczynę wpisali zaprzestanie czynności mózgu. Wspólnie ubraliśmy go w świeżo wyprane ubrania. Założyliśmy nową, białą koszulę i zaledwie parę razy założony czarny garnitur. W rękę włożyliśmy mu przeszło dwudziestoletni różaniec, z którym nigdy się nie rozstawał. Do kieszeni schowaliśmy jego medale i odznaczenia, które zdobył w różnych sytuacjach; były jego chlubą, co jakiś czas wyjmował je, czyścił i opowiadał - najczęściej wnukom - ich historię. Dla siebie zostawiliśmy tylko jeden, najmniejszy. To były jego skarby – duchowe i materialne. Nie widziałam, kiedy przyszli ludzie z zakładu pogrzebowego, żeby Edzia zabrać. Nie widziałam też, kiedy po raz ostatni opuszczał dom. Był szósty grudnia. Pogrzeb odbył się dwa dni później. Nie pamiętam co się działo później. Pierwszej nocy siedziałyśmy z córką w moim mieszkaniu, rozmawiając o Edwardzie. Następną i kolejne spędziłam już u niej. Wróciłam do domu dopiero po Nowym Roku.
sobota, 6 marca 2010
Edziu cz. 2
Choroba
- Edziu był zawsze otwarty, rozmawiał ze wszystkimi. Nigdy się nie gniewał. Kiedy ktoś go obraził, puszczał to w niepamięć. Do tego stopnia był ufny w stosunku do innych, że potrafił powiedzieć i pokazać im wszystko. Nieraz złościłam się na niego. Mówiłam „Edward, po co ty to mówisz, nie wszyscy muszą o tym wiedzieć”. Edziu jednak nie miał potrzeby ukrywania czegokolwiek. Nie oglądał telewizji. Za to oddawał się swojej wielkiej pasji - magnetofonowi szpulowemu. Nagrywał na niego wygłupy wnuczków, a potem puszczał i wspólnie śmialiśmy się do rozpuku. Uwielbiał też przesiadywać w oknie. Wyglądał przez lufcik i pozdrawiał przechodniów. Kto by pomyślał, że te jego małe dziwactwa to były pierwsze oznaki choroby. Na dwa lata przed jego odejściem zaczęło być coraz gorzej. Nie kontrolował już swoich zachowań, stopniowo tracił instynkt samozachowawczy.
Po wyprowadzce, przez ponad pół roku mieszkaliśmy u córki. Pewnego dnia kiedy wróciłyśmy z działki okazało się, że mąż próbował naprawić kontakt przy pomocy kuchennego noża, zapomniał jedynie wyłączyć korków – kobieta zamiera w połowie zdania i gwałtownie blednie. Chwilę później na jej policzkach pojawiają się ogniste rumieńce. – To cud, że nic mu się wtedy nie stało – dodaje już szeptem. Milknie ponownie, próbując ochłonąć po wstrząsającym dla niej wspomnieniu. Oddycha głęboko; w jej oczach nie ma już łez, pozostała w nich jedynie pustka.
Po paru minutach ciszy przerywanej jedynie szybkimi, miarowymi krokami przechodniów, kobieta cicho podejmuje dalszą rozmowę. – To nie była jedyna taka sytuacja. Po tym zdarzeniu pojawiły się kolejne. W kilka miesięcy później znajomi zobaczyli Edzia w jego ukochanym maluchu. Jechał lewą stroną ulicy. Zabraliśmy mu kluczyki, dowód rejestracyjny, prawo jazdy. Nie sprzeciwiał się, oddał bez żadnych próśb i zaklinania. Chyba na swój sposób rozumiał, że przyszedł już czas, w którym nie musi być kierowcą. Ostatniego lata zgubił rachubę czasu, nie wiedział, ile ma lat, jakie wydarzenia kiedy miały miejsce; natomiast świetnie kojarzył nazwiska członków rodziny, był bezbłędny nawet tam, gdzie ja miałam problem z tym, aby przypomnieć jakie nazwisko panieńskie nosiła moja babcia. Wówczas już wiedzieliśmy, że mąż jest chory, że nie ma już ratunku, bo choroba Alzheimera jest w zaawansowanym stadium. Mogliśmy się tylko modlić, żeby się nie męczył, żeby nie czuł, że jest dla nas uciążliwy.
Zakrywa twarz rękoma i przez chwilę zmaga się z własnymi myślami. Podnosi wzrok, tępo wpatrując się w znajdującą się przed nią tablicę, gdzie wyryte jest nazwisko jej męża. Na jej twarzy odmalowuje się wyraz trudnej do nazwania bezsilności, żalu i skruchy. Po chwili wstaje, podchodzi do tablicy i czule ją głaszcze.
- Nie ma dnia, żebym nie żałowała ostrych słów wypowiadanych zawsze wtedy, kiedy mąż - nieświadom tego, co robił - narażał siebie i innych na niebezpieczeństwo. Każdego dnia w modlitwie proszę Boga i jego o przebaczenie. Wobec takich sytuacji człowiek jest bezsilny i często jedynym sposobem, aby poradzić sobie z taką czy inną sytuacją jest krzyk i ostre słowo...
- Edziu był zawsze otwarty, rozmawiał ze wszystkimi. Nigdy się nie gniewał. Kiedy ktoś go obraził, puszczał to w niepamięć. Do tego stopnia był ufny w stosunku do innych, że potrafił powiedzieć i pokazać im wszystko. Nieraz złościłam się na niego. Mówiłam „Edward, po co ty to mówisz, nie wszyscy muszą o tym wiedzieć”. Edziu jednak nie miał potrzeby ukrywania czegokolwiek. Nie oglądał telewizji. Za to oddawał się swojej wielkiej pasji - magnetofonowi szpulowemu. Nagrywał na niego wygłupy wnuczków, a potem puszczał i wspólnie śmialiśmy się do rozpuku. Uwielbiał też przesiadywać w oknie. Wyglądał przez lufcik i pozdrawiał przechodniów. Kto by pomyślał, że te jego małe dziwactwa to były pierwsze oznaki choroby. Na dwa lata przed jego odejściem zaczęło być coraz gorzej. Nie kontrolował już swoich zachowań, stopniowo tracił instynkt samozachowawczy.
Po wyprowadzce, przez ponad pół roku mieszkaliśmy u córki. Pewnego dnia kiedy wróciłyśmy z działki okazało się, że mąż próbował naprawić kontakt przy pomocy kuchennego noża, zapomniał jedynie wyłączyć korków – kobieta zamiera w połowie zdania i gwałtownie blednie. Chwilę później na jej policzkach pojawiają się ogniste rumieńce. – To cud, że nic mu się wtedy nie stało – dodaje już szeptem. Milknie ponownie, próbując ochłonąć po wstrząsającym dla niej wspomnieniu. Oddycha głęboko; w jej oczach nie ma już łez, pozostała w nich jedynie pustka.
Po paru minutach ciszy przerywanej jedynie szybkimi, miarowymi krokami przechodniów, kobieta cicho podejmuje dalszą rozmowę. – To nie była jedyna taka sytuacja. Po tym zdarzeniu pojawiły się kolejne. W kilka miesięcy później znajomi zobaczyli Edzia w jego ukochanym maluchu. Jechał lewą stroną ulicy. Zabraliśmy mu kluczyki, dowód rejestracyjny, prawo jazdy. Nie sprzeciwiał się, oddał bez żadnych próśb i zaklinania. Chyba na swój sposób rozumiał, że przyszedł już czas, w którym nie musi być kierowcą. Ostatniego lata zgubił rachubę czasu, nie wiedział, ile ma lat, jakie wydarzenia kiedy miały miejsce; natomiast świetnie kojarzył nazwiska członków rodziny, był bezbłędny nawet tam, gdzie ja miałam problem z tym, aby przypomnieć jakie nazwisko panieńskie nosiła moja babcia. Wówczas już wiedzieliśmy, że mąż jest chory, że nie ma już ratunku, bo choroba Alzheimera jest w zaawansowanym stadium. Mogliśmy się tylko modlić, żeby się nie męczył, żeby nie czuł, że jest dla nas uciążliwy.
Zakrywa twarz rękoma i przez chwilę zmaga się z własnymi myślami. Podnosi wzrok, tępo wpatrując się w znajdującą się przed nią tablicę, gdzie wyryte jest nazwisko jej męża. Na jej twarzy odmalowuje się wyraz trudnej do nazwania bezsilności, żalu i skruchy. Po chwili wstaje, podchodzi do tablicy i czule ją głaszcze.
- Nie ma dnia, żebym nie żałowała ostrych słów wypowiadanych zawsze wtedy, kiedy mąż - nieświadom tego, co robił - narażał siebie i innych na niebezpieczeństwo. Każdego dnia w modlitwie proszę Boga i jego o przebaczenie. Wobec takich sytuacji człowiek jest bezsilny i często jedynym sposobem, aby poradzić sobie z taką czy inną sytuacją jest krzyk i ostre słowo...
piątek, 5 marca 2010
Edziu cz. 1
Inny świat
Jest słoneczne, zimowe popołudnie. Za niewysokim, szarym i lekko przechylonym do wewnątrz ze starości murem słychać odgłosy innego świata. Oddzielona niewielkim, żwirowym placem służącym w niedziele za parking ulica sprawia wrażenie przylegającej niemalże do ogrodzenia. Jej odgłos jednak dochodzi jakby z oddali, tłumiony nagimi gałęziami kasztanów, z których najstarsze pochodzą z czasów uchwalenia Konstytucji Majowej. Tu, pomiędzy wąskimi alejkami ocienionymi strzelistymi, smukłymi tujami bezgłośnie mówią bohaterowie tego miejsca. Ich głos jest wyraźny, pełen ciepła, zrozumienia, nostalgii ale też pociechy i nadziei. Tutaj są żywi nawet jeżeli ich ciała już dawno przestały istnieć. Nie mówią w próżnię. Nad nimi pochylają się żony i mężowie, rodzice i dzieci, wnuki i przyjaciele.
Z budynku z czerwonej cegły stabilnym krokiem wychodzi młody mężczyzna oburącz trzymając drewniany skrzyżowany w górnej części kij. Za nimi podąża inny, w czarnym odzieniu. Spod brzegów kurtki wystaje mu biała tkanina, na jego twarzy maluje się spokój i opanowanie, jakby nie zauważał, że tuż za jego plecami pociągający nosem mężczyźni niosą długą dębową skrzynkę, a wokół niej idą zawodzące kobiety. Poza tym wszystko przenika ogłuszające wręcz milczenie.
Wspomnienie
W niewielkim oddaleniu tej scenie przypatruje się kobieta siedząca na skraju marmurowej ławki. Ubrana jest w krótką, ocieplaną kurtkę. Spod brązowej beretki w niekontrolowany sposób wysuwają się krótkie kosmyki siwiejących włosów.
– Czuję, jakby to było wczoraj. Był także zimowy dzień. Pomimo, że słońce świeciło ze zdwojoną siłą, to mróz trzymał, nie pozwalając rozpuścić się zalegającej cienkiej warstwie śniegu. Owego dnia tej ławki jeszcze nie było, a ja szłam wtedy w takim jak ten korowodzie. – na twarzy kobiety pojawiają się łzy. Podaję jej chusteczkę, a ta ociera szybko twarz, by słone krople jej nie odmroziły. Siadam obok nie zważając na przejmujące zimno.
– Przeżyliśmy ze sobą prawie pięćdziesiąt lat. On był górnikiem w kopalni, ja pracowałam najpierw w polu, potem bawiąc dzieci, a pod koniec w dużym zakładzie, na szarpalni. On jako górnik przeszedł na wcześniejszą emeryturę, ja dorabiałam do sześćdziesiątego roku życia. Pobraliśmy się z rozsądku. On był sołtysem w swojej wsi. Nie, nie był stary – dodaje szybko, widząc zdziwienie na mojej twarzy i gwałtownie kręci głową. Czasy były inne. Sołtysami zostawali młodzi ludzie. Rodzice namówili mnie na małżeństwo z nim. Mówili „Teresko, z tego Edzia to bardzo dobry człowiek. Nie znajdziesz lepszego”. Posłuchałam. Pobraliśmy się w 1955 roku. Początki były trudne. Polska zaledwie dziesięć lat wcześniej wyzwoliła się spod jarzma wojny, popadając jednak w ręce kolejnych oprawców. W sklepach nic nie było, a i rodzice w niczym nie pomogli. Nas w domu było dziewięcioro, u Edzia zaś czterech braci. Do wszystkiego dochodziliśmy sami.
Kiedy na świat przyszedł Kazio, to nie posiadaliśmy się ze szczęścia. Mieszkaliśmy wtedy w małej klitce na poddaszu. Wszędzie pełno było karaluchów, które wchodziły do kołyski syna i nie upilnowane, siekły niemiłosiernie jego maleńkie ciałko. Pewnego dnia Kazio zachorował. Na jego bródce pojawiła się krostka. Lekarz z oficyny obok przeciął ją i zostawił w takim stanie, nie podał surowicy; wdało się zakażenie, na ratunek było za późno. Odszedł kiedy ja byłam w siódmym miesiącu z Jadzią – kobieta ponownie ociera oczy i poczerwieniały nos, a ja tymczasem ukradkiem zerkam na czarny marmurowy pomnik gdzie na maleńkiej tabliczce widnieje napis: „Kazio W, żył lat 2”.
- Dostaliśmy później dużo większe mieszkanie z przydziału. Do małej Jadzi dołączył Daruś. Wiedliśmy spokojne życie. Dzieci, pomimo swojej niesforności dawały nam dużo radości. Kiedy dorosły i założyły własne rodziny, nasz dom stał się miejscem spotkań świątecznych. Pełno w nim było śmiechu i wesela. Kilka lat temu za ich namową przeprowadziliśmy się do większego, wygodniejszego mieszkania. Wówczas jeszcze nie wiedziałam...
– Czuję, jakby to było wczoraj. Był także zimowy dzień. Pomimo, że słońce świeciło ze zdwojoną siłą, to mróz trzymał, nie pozwalając rozpuścić się zalegającej cienkiej warstwie śniegu. Owego dnia tej ławki jeszcze nie było, a ja szłam wtedy w takim jak ten korowodzie. – na twarzy kobiety pojawiają się łzy. Podaję jej chusteczkę, a ta ociera szybko twarz, by słone krople jej nie odmroziły. Siadam obok nie zważając na przejmujące zimno.
- Dostaliśmy później dużo większe mieszkanie z przydziału. Do małej Jadzi dołączył Daruś. Wiedliśmy spokojne życie. Dzieci, pomimo swojej niesforności dawały nam dużo radości. Kiedy dorosły i założyły własne rodziny, nasz dom stał się miejscem spotkań świątecznych. Pełno w nim było śmiechu i wesela. Kilka lat temu za ich namową przeprowadziliśmy się do większego, wygodniejszego mieszkania. Wówczas jeszcze nie wiedziałam...
Subskrybuj:
Posty (Atom)